Kategorie
Blog

Pomóż psom w schroniskach!

Moi drodzy!

Chciałbym przedstawić wam pewną akcję zorganizowaną przez serwis ceneo.pl, którą zdecydowanie warto się zainteresować. Nie chodzi tutaj o żaden konkurs z gigantycznymi nagrodami, ale o zwyczajną pomoc najlepszym przyjaciołom człowieka – psom w schroniskach.

Do niczego nie namawiam, ale jeśli tylko macie wolną minutę i chcecie zrobić coś pożytecznego – czytajcie.

.

Organizatorzy chcą w 30 dni pobić rekord Guinnessa w liczbie pełnych misek dla psiaków w schroniskach. Pragną zebrać 20 ton karmy, czyli równowartość 70 tysięcy misek dla najbardziej potrzebujących zwierzątek.
Chcecie pomóc? Zasady są bardzo proste.

Klikacie w duży obrazek z pieskiem poniżej i zapoznajecie się ze szczegółami akcji.
Ściągacie na swój telefon aplikację mobilną ceneo.pl.
W aplikacji klikacie na obrazek z psiakiem.

I tyle, gotowe. W minutę zafundowaliście schronisku jedną miskę z karmą.

Szczegóły akcji po kliknięciu w banner poniżej.

Kategorie
Blog

Postanowienia noworoczne – przemyśl to!

Rozpoczął się nowy rok. Ten, który ma być lepszy od poprzedniego – a przynajmniej każdy z nas by sobie tego życzył. I tak co roku. Gdyby wszystko, czego pragniemy, miało się co roku spełniać, to nasi emeryci byliby naprawdę szczęśliwymi osobami pozbawionymi już jakichkolwiek życzeń – bo przecież tyle Sylwestrów już za nimi. Całe szczęście, że tak nie jest.

To dobrze, że planujemy coś, czego w kolejnych 365 dniach pragniemy się kurczowo trzymać. Nawet bardzo dobrze, bo marzenia same w sobie są dobre – ważny jest cel, do którego zaciekle dążymy. Nie chodzi wcale o sam zamierzony efekt, ale o czas i trud, jaki włożyliśmy w dojście do niego – właśnie to sprawia, że zmieniamy się na lepsze.

.
Źródło motywacji

Rokrocznie, scrollując facebookowe aktualności, widzę dziesiątki postów mówiących o postanowieniach, jakie ludzie pragną spełnić w nadchodzących 12 miesiącach. I ciągle zastanawiam się skąd właściwie ta motywacja płynie, gdzie ma ona swoje źródło. Prawda jest taka, że pochodzi ona znikąd, co czyni te wszystkie zamierzenia zupełnie bezcelowymi. Każdego 31 dnia grudnia pragniemy złożyć samym sobie obietnice, aby być w stanie zmienić swój styl życia przy małym nakładzie pracy. Myślimy, że od 1 stycznia wszystko będzie możliwe, jeśli tylko tego zapragniemy.

Nie chcę, byście zrozumieli mnie źle i uznali za życiowego pesymistę – zmiany są naprawdę możliwe, jeśli tylko znajdziecie w sobie odpowiednią motywację i siłę, aby je wcielać w życie. Mniej możliwe jest, że wasz sposób myślenia zmieni się przez jedną noc, skoro byc może nie mógł zmienić się przez cały rok.

6358668852907193901428720115_il_fullxfull.405548132_7dpt

Uważam, że aby rozpocząć zmiany w swoim życiu, wcale nie musimy czekać do Nowego Roku. Każdy inny dzień wydaje się być równie rozsądnym na złożenie sobie pewnych postanowień. Chcecie wiedzieć dlaczego?

.
Chcieć, a musieć

Zbliża się nowy rok, więc automatycznie spoglądamy na siebie w lustrze i wiele myślimy na swój temat. I zwykle dochodzimy do takich samych wniosków: co powinniśmy zrobić, nie co chcemy zrobić. Moim zdaniem tok tego rozumowania jest zwyczajnie błędny – wszak aby wytrwać w swoim postanowieniu, potrzebne są przede wszystkim chęci, nie przymusy.

Dla przykładu – w nowym roku chcesz zrzucić kilka zbędnych kilogramów. Pytanie brzmi – czy naprawdę tego chcesz, godząc się na wszystkie wyrzeczenia, które możesz napotkać po drodze? Czy raczej oczekujesz samego efektu, który miałby przyjść jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki?

Nieciekawą opcja jest robienie sobie postanowień z przymusów – jest to wyjątkowo zły doradca, przez którego tracimy motywację. Jeśli twoje pobudki pochodzą z faktu, że ktoś o tobie myśli, że przydałoby ci się schudnąć – to również nie jest dobry powód.

Cokolwiek sobie postanawiacie, musicie to robić dlatego, że wy tego chcecie i kierować się tylko własnym sumieniem.
.
separator
Wysoko postawiona poprzeczka

Zbyt wysoko, przez co po jakimś czasie, zapał staje się słomiany. W Sylwestra i Nowy Rok czujemy się niezwyciężonymi kowalami własnego losu, dla których nie ma nic trudnego. I takimi tytanami jesteśmy przez pierwszych kilka dni stycznia, bo później zwyczajnie nie dajemy rady i przedkładamy swoje dobro nad te postanowienia.

Jak mówiłem wcześniej – nie liczy się nawet sam efekt naszych przyrzeczeń. Chcesz chudnąć 2 kilogramy w miesiąc? To świetnie, ale czy stanie się coś jeśli potraktujesz siebie lżej i zrzucisz w te 30 dni tylko 1 kilogram? Ważne, że postanowiłeś coś ze sobą zrobić i trzymasz się swojego postanowienia, a nie załamujesz, że wszystko nie idzie jak z płatka.

Dlatego nie konkretyzuj celów. Powiedz sobie: „chcę schudnąć”, „będę się lepiej odżywiać”, „będę więcej ćwiczyć”. Czasami postawione przez nas cele są zwyczajnie zbyt trudne do zrealizowania.

.
separator
Złe wyczucie czasu

Wybranie konkretnego dnia na rozpoczęcie zmian jest bardzo złą opcją. Co wtedy, gdy coś nam wypadnie? Zaczynamy stosować regułę „odjutronizmu”, czyli przekładania wszystkiego na dzień następny. I efekt jest taki, że nic z tego nie wynika.

Nie potrzebujemy tego magicznego 1 stycznia na wcielenie postanowień w życie – może to być każdy inny dzień roku, jaki uznamy za stosowny. Jeśli jesteśmy wystarczająco zmotywowani, może to być 24 czerwca lub 12 października – po co odkładać coś, co naprawdę chcemy osiągnąć?

Dodatkowo, w Nowy Rok często jesteśmy zbyt zmęczeni, aby myśleć o realizacji naszych marzeń. Czasem dochodzi do tego trzymający nas kac po wczorajszej zabawie sylwestrowej, jesteśmy rozbici i zwyczajnie nam się nie chce. A spanie, jedzenie i picie zdecydowanie nie liczy się jako spełnianie noworocznych postanowień.

.
separator
Życie

Tylko najwytrwalsi będą w stanie co roku realizować swoje postanowienia w zadowalającym stopniu – a głównym powodem tego jest… Życie. Wcale nie trzeba wszystkiego kontrolować, gdyż zwyczajnie czasami nie da się jednoznacznie określić co nam się przytrafi.

Życie jest krótkie, a jeśli nie jesteś z niego zadowolony, możesz obwiniać z ten stan rzeczy tylko siebie. Dobra wiadomość jest taka, że także tylko ty możesz je zmienić na lepsze.

I naprawdę, do osiągnięcia tego celu nie potrzebujesz wcale 1 stycznia. Zacznij jutro, za miesiąc, za pół roku i uczyń swoje życie lepszym.

Kategorie
Blog

Jaki wpływ ma na życie czekolada?

Myślałem, że jestem dorosły.

To było tylko przypuszczenie, a fakt był zupełnie inny – ja chciałem być dorosły. Kiedy niecałe pięć lat temu opuszczałem rodzinny dom by rozpocząć studia, byłem przekonany, że dam sobie radę. Że w końcu nadszedł czas na wyrwanie się ze szponów uzależnienia od rodziców. Myślałem tak do czasu dotarcia do nowego mieszkania i rozpakowania walizek. Do czasu, kiedy za mamą i tatą zamknęły się drzwi, a ja zostałem zupełnie sam, przytłoczony przez ciszę czterech ścian. Dziewiętnastoletni chłopak, który nie zwykł siedzieć samemu w milczeniu, którego wszędzie było pełno i który był pewien, że do szczęścia potrzebuje wyłącznie siebie.

Zerknąłem na czekoladę, którą odpakowałem w kilka minut po oprowadzeniu wzrokiem odjeżdżającego auta rodziców. Nie rozstałem się z nią aż do dziś, gdyż gwarantuje wiele wspomnień. Tych związanych z domem, kawą i ciepłem. Tych, których nie da się kupić za pieniądze.

Myślałem, że jestem dorosły. Myliłem się.

czo-2
Jak czekolada może pomóc w życiu?

Możecie spytać jak to jest właściwie możliwe. W jaki sposób tabliczka czekolady może wzbudzać w człowieku jakieś emocje?

Odpowiedź jest prosta, choć zróżnicowana w zależności od każdego z nas. Leży zakorzeniona głęboko w naszej podświadomości i tylko my wiemy, czym jest naprawdę. Każda znacząca dla nas chwila – ta smutna lub radosna, przynosząca ból lub uczucie euforii – wiąże się zawsze ze szczególnymi okolicznościami, w których jej doświadczyliśmy. Pobudza nasze zmysły i sprawia, że w zależności od smaku lub zapachu rysuje się w naszej pamięci wyraźniej. Pamiętamy ją bardziej i doskonale wiemy, dlaczego jest dla nas taka ważna.

Doskonale pamiętam zapach perfum swojej dziewczyny, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Pamiętam jaką koszulę miał na sobie ojciec, kiedy uczył mnie jeździć na rowerze.
Niektórzy ludzie wierzą, że rybia łuska w portfelu przyniesie im szczęście; inni mają swoją ulubioną maskotkę czy słonika, który towarzyszy im w ważnych momentach życia. Potrzebujemy czegoś namacalnego, co pozwoli nam przywołać na myśl specyficzne wspomnienia. Te najważniejsze, od których czasami kręci się łezka w oku.

Może to być właściwie wszystko – każdy przedmiot, określony zapach czy smak, inna osoba. Wszystkie rzeczy mogą sprawić, że wrócimy wspomnieniami do danej chwili, jeśli tylko z czymś je skojarzymy.

Chcecie wiedzieć, dlaczego akurat tabliczka czekolady kojarzy mi się z rodzinnym domem?

.
Gorzko-mleczna historia

Od zawsze byłem amatorem słodkości, jak chyba każdy z nas. Jako dziecko pochłaniałem ich niezliczone ilości, nie potrafiąc jeszcze rozróżnić gatunku. Wspólnym mianownikiem dla wszystkich przysmaków była zawsze jedna rzecz, która sprawia, że wyzwalamy w sobie hormon szczęścia i czujemy się lepiej – czekolada. Próbując przypomnieć sobie, kiedy tak naprawdę po raz pierwszy się z nią zetknąłem, natrafiam na czytelną wizję pewnej reklamy, która zapadła mi w pamięci po dzień dzisiejszy. Mogło to być nawet kilkanaście lat temu.

Dodaj mleko do kakao – czekoladę masz wspaniałą!

Ten nieskomplikowany, ale bardzo chwytliwy tekst z reklamy Terravity został mi w głowie do dziś. I widzicie – tutaj na własne oczy widoczny jest kolejny przykład tego, jak bardzo jakieś słowa czy przedmioty mogą wyryć się w naszej pamięci na dłużej i być kojarzone tylko z jedną, specyficzną rzeczą.

Czekolada towarzyszyła mi, jak pewnie każdemu z was, przez całe życie. Ma w sobie coś takiego, że człowiek zwyczajnie nie może zadowolić się jedną kostką i zazwyczaj sięga po jeszcze jedną. I następną, aż zostanie mu samo opakowanie. (Jeśli nie wiesz o czym piszę to przetestuj swoją silną wolę – kup sobie tabliczkę, przełam ją na kostki i połóż przed sobą. I spróbuj jej nie zjeść.)

czo-1

Prawdziwa historia zaczęła się w chwili, kiedy wyprowadziłem się od rodziców i zacząłem studiować w innym mieście. Każdy przyjezdny najprawdopodobniej kojarzy sytuację, kiedy wyjeżdżając, rodzice próbują wypełnić nasze walizki po brzegi. Jedzeniem. Tak też było w moim przypadku.

Bartek, weź jeszcze czekoladę.

Nie było sytuacji, kiedy nie usłyszałbym tego zdania przy wyjeździe z domu. Zdarzało się to za każdym razem, a ja zawsze tłumaczyłem się tym, że nie chcę, że mam pełną walizkę i tak dalej. O tym, jak bardzo się myliłem, przekonywałem się w chwili, gdy po przyjeździe do mieszkania rozpakowywałem się i odnajdywałem w jednej z bocznych kieszeni torby czekoladę, którą ukradkiem zapakowała mi mama.

Wokół panuje cisza, nie masz się do kogo odezwać i żałujesz, że wyjechałeś z domu. Wtem następuje magiczny moment – dowiadujesz się, ze ktoś o tobie pamiętał i podarował ci magiczną tabliczkę gorzkiej czekolady. Hormon szczęścia w kilkunastu kostkach, od którego otrzymania tak bardzo się wcześniej wzbraniałeś i nawet nie miałeś okazji za niego podziękować.

Ale nie musisz. Sam fakt, że go dostałeś, jest dla nich najważniejszy.

czo-3

Więc tak – w moim przypadku czekolada od niemalże pięciu lat sprawia, że przypominam sobie o rodzinnym domu. O tym, że istnieją ludzie, dla których liczą się nawet tak banalne rzeczy dotyczące twojej osoby jak fakt, czy zjadłeś dziś obiad, czy ciepło się ubrałeś.

Myślałem, że jestem dorosły – dlatego połączyłem czekoladę z winem. I szczerze powiedziawszy, rzeczy o których pisałem wyżej, zostały dodatkowo wzmocnione idealną kompozycją smaków. Możecie mnie pytać, dlaczego słodki Pedro Ximenez wart bardzo dużą ilość pieniędzy, znalazł sobie miejsce obok gorzkiej Terravity.

Bo wspomnienia są bezcenne.

separator
Dlaczego warto jeść czekoladę?

Nie pytam czy powinno się to robić, bo doskonale wiem, że każdy z nas uwielbia jej smak. Ma wiele oblicz i tylko od nas zależy, które najbardziej przypada nam do gustu.

Finezja i korzyści płynące z kakao są naprawdę duże i im większa jego zawartość w tabliczce czekolady, tym większych benefitów dla nas możemy oczekiwać.

Korzystnie wpływa na pracę mózgu
Niedawno przeprowadzone badania sugerują, że przy spożywaniu czekolady mózg gromadzi naturalnie występujące flawonole pozyskane z nasion owoców kakaowca.
Znaczy to mniej więcej tyle, że kakao hamuje proces pogarszania się pamięci. Tylko o tym nie zapomnij!
.
Pomaga utrzymać niską wagę
Właściwie moglibyście w to nie uwierzyć, jednak dowiedziono, że gorzka czekolada w rzeczywistości pozwala na wstrzymywanie się od konsumowania innego niezdrowego jedzenia. Nie dotyczy to co prawda czekolady mlecznej, czy pochłaniania ogromnych ilości którejkolwiek z nich, jednak gorzka jest na tyle sycąca, że potrafi zatrzymać nasz apetyt na inne jedzenie.
.
Jest dobra dla serca
Dzięki kakao jako głównemu składnikowi, czekolada może pomagać w walce z zawałami lub innymi chorobami serca. Zawiera ona w sobie części, które w połączeniu z bakteriami z żołądka wpływają na ogólną kondycję mięśnia sercowego.
.
Pomaga zwalczać cukrzycę
Nikt nie przypuszczałby, że można walczyć z cukrzycą, jedząc słodkości – a jednak! Badania przeprowadzone na pewnej grupie ludzi, polegające na konsumowaniu przez nich 100 gramów ciemnej czekolady dziennie przez 2 tygodnie ukazały duży spadek w insulinooporności.
Dodatkowo, dzięki niej zauważono zwiększony metabolizm cukrów – jeśli jest mały, może prowadzić do cukrzycy.
.
Zwalcza stres
Jedzenie nawet małych ilości gorzkiej czekolady może zredukować produkcję hormonów odpowiadających za stres.

Jeśli więc czasami masz ochotę na coś słodkiego i wahasz się – nie rób tego. Spróbuj czekolady, a zapewne twój organizm prędzej czy później ci za to podziękuje. A jeśli dostarczy ci ona przyjemnych wspomnień i skojarzeń, tym lepiej dla ciebie.

Kategorie
Blog

Jak skutecznie zepsuć wesele?

W ostatnią sobotę uczestniczyłem w weselu swojej kuzynki. Typowym, zwyczajnym, wiejskim, stereotypowym weselu, które stało się głównym powodem do powstania tego wpisu. Całkiem możliwe, że to ja nie potrafię dobrze się bawić i zwracam uwagę na każdy najdrobniejszy szczegół, na jaki tylko natrafiam i dopiero wtedy, łącząc je wszystkie, wystawiam finalną ocenę. Jest jednak kilka stałych wiążących wszystkie imprezy tego typu – rzeczy, które z ogromną skutecznością sprawiają, że goście są niezadowoleni.

Zastanawia mnie fakt, czemu to właściwie się dzieje. Czy ludzie nie potrafią dopiąć wszystkiego na ostatni guzik? Może im się nie chce? Najprawdopodobniejsze jest jednak to, że każdy ma swój gust i ocenia dane wydarzenie względem swoich ambicji – dla jednego mięso może być spalone na węgiel, dla drugiego – zbyt surowe. Nie da się dogodzić każdemu z osobna – to tak jak z prowadzeniem bloga.

Tak więc moi drodzy, jeśli naprawdę nie chcecie mieć ślubu jak z bajki i pragniecie mieć pewność, że większość gości wyjdzie z wesela niezadowolona – czytajcie!

.
Etap 1: ślub kościelny

Zadbaj o najbardziej nudnego księdza.
Najlepiej, żeby miał czerwony nos i katar. Postaraj się, aby trzymał mikrofon zaraz przy ustach i fałszował przy śpiewaniu każdej pieśni, zagłuszając przy tym wszystkich znajdujących się przed ołtarzem. Bo przecież on jest najważniejszy. Miałby się uśmiechać? Niby po co! Dorzuć do tego vibrato w głosie i bezsensowne, długie kazanie – wynudzenie gości gwarantowane!
.
separator
Pamiętaj o przygłuchym organiście.
To koniecznie musi być starszy pan – im starszy, tym lepszy, bo przecież wie, jak śpiewano jeszcze w czasach Imperium Rzymskiego. Powinien buczeć, kaszleć i pilnować, aby atmosfera była pogrzebowa. Ponadto, rzeczą niezbędną klasyfikującą go jako mistrza w swoim fachu jest prezentowane przez niego voix céleste, czyli niebiański głos. Jeśli kiedyś zastanawialiście się co to takiego, poniżej przedstawiam małą próbkę:

Pamiętaj, że organista musi wyciskać ze swojej maszyny siódme poty. Krztusić się nią, jakby miała to być ostatnia melodia w jego życiu.
.
separator
Zaproś kogoś kaszlącego.
Nie byłem jeszcze na ślubie, na którym ktoś nie zacząłby się nagle dusić w chwili, kiedy wokół panuje grobowa cisza. W połączeniu z echem, jakie panuje wewnątrz murów kościoła, efekt jest naprawdę fenomenalny.
Ekhu, ekhuuuu, ekhuuu. Roman, uspokójże się!
.
separator
Rozważ zaproszenie matek z niemowlętami.
Zaślubiny byłyby niekompletne, gdyby pominąć zaproszenie wyżej wymienionych osób na uroczystość. Płaczące w odpowiednim momencie głuchej ciszy dzieci stanowią idealne dopełnienie dla kaszlących mężczyzn, o których pisałem w punkcie wyżej.
… W trójcy jedyny. I wszyscy święci. Łeeeeeeeeeeeeeeeee! Mamaa!! Łeeeeeee! Ekhu, ekhu! Łeeee!
.
separator
Nie uśmiechaj się.
Gdy jesteś panną młodą, świeżo upieczonym mężem, czy chociażby gościem weselnym – zachowaj powagę. Nie wolno ci się cieszyć, bo to przecież ślub. Nie wolno ci się nawet uśmiechnąć, bo przecież nie ma wtedy żadnych powodów do radości. Traktuj tę sytuację, jakby to był dla ciebie przymus.
.
separator
Cały czas żuj gumę.
Orbit w ustach sprawi, że będziesz cool. Nie mówiąc już o tym, że pozbędziesz się nieprzyjemnego zapachu z ust, to przecież non-stop przeżuwająca coś szczęka wygląda naprawdę w porządku, szczególnie gdy przyjmujesz życzenia ślubne. Dodatkowo możesz także robić z niej balony – ogromne, różowe, pękające dopiero wówczas, gdy zasłonią ci połowę twarzy. Nie przejmuj się brakiem kultury – ciapaj ją, jakby miało nie być jutra.

Etap 2: wesele

wesele

Upij się do nieprzytomności.
Tego nawet nie muszę opisywać – jest to przymus narzucony przez towarzystwo weselne, którego musisz bezwzględnie przestrzegać. Im bardziej pijany jesteś, tym lepiej będziesz się bawił i wzbudzisz większy respekt pośród gości. Tego dnia nie obowiązuje cię kultura osobista, etykieta oraz inne rzeczy mówiące o tym, że jesteś człowiekiem. Wymiotujesz w łazience? Masz do tego pełne prawo – to w końcu wesele, a ty świętujesz najlepiej jak się tylko da.
.
separator
Przypomnij sobie weselne przyśpiewki.
Łączy się to nierozerwalnie z punktem powyżej. W chwili większego upojenia, będziesz znał więcej piosenek, które cieszą ucho i sprawiają, że wszyscy od razu bawią się lepiej. Powtarzaj setki razy, że młodzi muszą osłodzić wódkę, czy was uczono w szkole, że całuje się na stole. Krzycz jak najgłośniej potrafisz, nawet gdy na polu bitwy zostaniesz sam, a wszyscy nagle zamilkną i będą w spokoju zajadać się weselnym bigosem. Nikomu nie przeszkadza, że lubisz się drzeć – w końcu wódka nie może być gorzka, więc walczysz w słusznej sprawie.
.
separator
Zadbaj o wypuszczoną koszulę.
Jeśli będzie z krótkimi rękawami – wzbudzisz większy respekt gości i bardziej dopasujesz się do innych. Pamiętaj – koszula nie może być wpuszczona w spodnie – dlatego zdejmij pasek lub szelki. Najlepiej wygląda wtedy, gdy swobodnie powiewa w okolicy twoich bioder.
.
separator
Na każde danie podawaj to samo.
Nie musisz wcześniej upewniać się, że menu weselne jest zróżnicowane. Upiecz tyle schabu lub karkówki ile się da i podawaj je na różne sposoby. Najpierw karkówka z ziemniakami i surówką, potem z sosem borowikowym, potem w jakimś doskonałym gulaszu. Nie przejmuj się jej żylastością i tym, że jest poprzerastana. Nikomu nie będzie to przeszkadzało.
.
separator
Wybierz najsłodszy tort.
Upewnij się, że nie będzie się go dało zjeść – i tak wszyscy tylko spróbują i zaraz odłożą widelczyki na bok. Żadnego biszkopta – masę przekładaj masą, do tego dodaj krem, posłódź i znowu przełóż masą, tym razem słodszą. Górę udekoruj cukrem.
.
separator
Pamiętaj o odpowiednim alkoholu.
Wódkę musi roznosić ojciec pana młodego i koniecznie musi być ciepła. Żeby bardziej wchodziła. Wszyscy i tak będą pili wódkę, więc nie przejmuj się innymi rodzajami trunków – totalnie zbagatelizuj sprawę wina i zaserwuj gościom tylko słodkie. Napój winopodobny marki Carlo Rossi czy El Sol jest tutaj najlepszym wyborem – nudząca wręcz słodycz na pewno nie zabije smaku innych potraw.
Koniecznie wypełniaj innym gościom kieliszek po brzegi – nalanie jednego centymetra wina może spotkać się z wyśmianiem i popełnieniem ogromnego faux pas.
.
separator
Zaproś skłonnego do picia wujka.
Musi on być mrukiem, który rozchmurza się dopiero po wypiciu ogromnych ilości alkoholu. Ma on pytać wszystkich, dlaczego się z nim nie napiją i podrywać wszystkie kobiety w lokalu. Po rozebraniu się do majtek w trakcie oczepin (mimo tego, że od trzydziestu lat nie jest kawalerem), powinien zająć jedyną kanapę na miejscu i zasnąć. Upewnij się, że ktoś taki będzie na przyjęciu!
.
separator
Posadź obok siebie skłócone osoby.
Bo przecież alkohol nie wzbudza w nikim żadnej agresji i w ogóle. Na pewno nikt nie zacznie rozmawiać na temat polityki czy religii, a także nikt nie wyciągnie żadnego upokarzającego dla drugiej osoby tematu sprzed piętnastu lat.
.
separator
Wybierz orkiestrę z lat ’80.
Tak, żeby puszczała przeboje z tamtego okresu, głównie pod ludzi starszych, którzy i tak siedzą przy stołach i nie mają siły tańczyć. Dwa szybkie, wolny i idziemy na jednego. Czas przeznaczony na tańce nie powinien przekraczać dwudziestu minut – znacznie lepiej jest zrobić półgodzinną przerwę i coś zjeść. Orkiestra nie powinna reagować w sytuacji, gdy goście zaczynają jakieś przyśpiewki i zwyczajnie siedzieć na miejscu, zamiast śpiewać. Pod żadnym pozorem nie powinna zabawiać gości – wystarczy, że będą i od czasu do czasu coś zagrają.

Podziel się!

Kategorie
Blog

Stereotypy o wegetarianach

Wegetarianizm stał się dla wielu osób nie tylko sposobem odżywiania, a stylem życia. Znam wiele osób, które zdecydowały się na odrzucenie jedzenia produktów pochodzących z uboju zwierząt i mogę z całą stanowczością powiedzieć, że jestem z nich dumny. Równie bardzo cenię ekologów, którzy dbają o naturalne środowisko na naszej planecie – choć sam nie mam zbyt wiele wspólnego z obydwoma przypadkami, stwierdzam, że ktoś to po prostu musi robić.

vege1
Powód

Wiele razy zastanawiałem się, co może być głównym powodem przejścia człowieka na wegetarianizm. Każdy z nas wysysa zapotrzebowanie na mięso wraz z mlekiem matki i dopiero po jakimś czasie musi się zdecydować na całkowite wyłączenie go z diety. Jest to więc świadoma i szlachetna decyzja każdego z nich, a wielu mięsożerców zwyczajnie nie może tego pojąć.

Najrozsądniejszą przyczyną wydaje się być fakt, że wegetarianie zwyczajnie nie zgadzają się z sytuacją zwierząt, których mięso trafia na nasze talerze. Jest to pewnego rodzaju bojkot przeciwko producentom żywności, u których zwierzęta giną, będąc wcześniej wykorzystywane i tuczone tylko w jednym celu. Tak więc gdy tylko zwierzę ginie z powodu konieczności pozyskania mięsa, wegetarianin tego nie zaakceptuje.

Ostatnio wiele osób decyduje się na ten sposób odżywiania również z powodów zdrowotnych – chcą czuć się lepiej i odżywiać bardziej odpowiednio. Poza tym, mięso może także komuś po prostu nie smakować.

Warto czy nie warto?

Każdy z nas zawsze znajdzie jakieś argumenty za i przeciw, dlatego przekonywanie do czegoś na siłę którejkolwiek ze stron nie ma najmniejszego sensu. Choć sam uwielbiam krwiste steki z polędwicy wołowej, nie oceniam ludzi za decydowanie o stopniu wysmażenia kalafiora na maśle.

Mięso może być szkodliwe, białka roślinne mogą być niepełnowartościowe – i co z tego? Prędzej czy później moglibyśmy umrzeć od tego i od tego. Żyjemy w czasach przepełnionych GMO i niezbilansowanymi dietami i jakoś dajemy radę, więc kwestia tego, że człowiek jest stworzony do jedzenia mięsa odpada. Witaminy i składniki odżywcze są wyłącznie w mięsie? Z tym też ludzkość potrafi sobie poradzić. Ponadto, argument mówiący o tym, że ludzie od czasów prehistorycznych żywili się mięsem, zwyczajnie mnie śmieszy. To samo tyczy się faktu, że inne zwierzęta również je spożywają.

To osobista decyzja każdego z nas. Koniec i kropka.

Stereotypowy wegetarianin

Stereotypy i opinie, które wymienię poniżej, powstały na podstawie własnych obserwacji, rozmów ze znajomymi wegetarianami oraz przemyśleniami ludzi odnalezionymi gdzieś głęboko w sieci. Bo przecież nikt nie lubi frytek i smażonego sera z żurawiną i mięsożerca za żadne skarby nie potrafiłby tego zjeść.

Rośliny też mają uczucia!
.
Założę się, że zjadłbyś sobie takiego soczystego steka!
.
Wegetarianie nie mają poczucia humoru. To przez brak mięsa i niedobór białka w organizmie.
.
Tracą włosy przez złą dietę.
.
Noszą ubrania ze skóry, więc są hipokrytami.
.
Jedzą tylko sałatę, liście i trawę.
.
Ludzie zawsze będą zabijać zwierzęta i wegetarianie tego nie zmienią.
.
To wbrew naturze!
.
Wrócą do jedzenia mięsa gdy skończą dietę.
.
Gdybyś jadł mięso, nie przeziębiłbyś się!
.
Żyją w zgodzie z naturą, więc się nie myją.
.
Dzieci potrzebują mięsa do prawidłowego rozwoju.
.
Nie jesz nawet jaj? To jakim prawem jeszcze żyjesz?
.
Wegetarianizm to grzech.
.
… Ale przecież mięso tak świetnie smakuje! (Jak gdyby nikt z nich nigdy go nie spróbował)
.
Cierpią przez to, że nie jedzą mięsa.
.
Robią to wbrew sobie, chcą tylko coś udowodnić.
.
Faceci wegetarianie to przeważnie geje.
.
Chcą zwrócić na siebie uwagę!
.
Gdyby nie jeść zwierząt, nadmiernie by się rozmnożyły.
.
To tylko chwilowa zajawka!
.
Ryby też mają mięso.
.
Jaja to małe kurczaki!
.
Wegetarianie są ciągle chorzy.
.
Potrzebują suplementów diety i witamin.

Kategorie
Blog

Dlaczego młodzi Polacy nie piją wina?

Musimy spojrzeć prawdzie w oczy, fakty na temat spożycia wina w Polsce mówią same za siebie. Osobiście jestem jego miłośnikiem, chociaż nie mam zamiaru zajmować się tym zawodowo, ani nawet hobbystycznie – wystarcza mi, że od czasu do czasu gwarantuję sobie przyjemność wynikającą z jego picia. Zacząłem się zastanawiać, co tak naprawdę jest przyczyną tego, że ludzie w moim wieku stronią od wina i zamiast niego sięgają po inne trunki? Aby dociec prawdy dlaczego tak się dzieje, należy dogłębnie przeanalizować cały temat. Zrobię to za was.

.
Statystyki

Choć konsumpcja wina w Polsce wciąż rośnie, to pod względem tego wciąż pozostajemy na szarym końcu Unii Europejskiej. Spożywamy co prawda ponad dwa razy więcej wina rocznie niż na początku XXI wieku, jednak ciągle nie jest to liczba zadowalająca, a raczej zatrważająca. Uśredniając wyniki z wielu przeprowadzonych badań, w 2013 roku wypiliśmy 120 milionów litrów wina gronowego. Daje nam to niecałe 5 litrów na jedną nadwiślańską głowę. Czyli ponad 6 butelek rocznie.

Patrząc na te wyniki, najbardziej obiektywnie jak bym tylko chciał, mam ochotę zapaść się pod ziemię. Nie będę pod tym kątem porównywał Polski do znacznie bardziej zaludnionych krajów, ale do tych troszkę większych i mniejszych – wiadomym jest, że im więcej ludzi, tym teoretycznie powinno się konsumować więcej wszystkiego. Dlatego warto spojrzeć na to, ile wina rocznie spożywa przeciętny mieszkaniec danego kraju.

Francuz – 50 litrów rocznie (67 butelek). 10 razy więcej niż Polak
Włoch – dokładnie tak samo jak ten powyżej
Portugalczyk i Szwajcar – prawie 50 litrów
Duńczyk i Niemiec – niecałe 40 litrów na osobę (ponad 50 butelek)
Hiszpan i Anglik – 25 litrów (33 butelki)
Do cholery, nawet Czech zza południowej granicy wypije te 20 litrów – czyli 26 butelek – rocznie. Ponad 4 razy więcej niż Polak.

A my mamy te swoje 6 buteleczek i cieszymy się z tego jak mało kto. To napiszę jeszcze, że brałem tu pod uwagę najbardziej korzystne dla Polaków badanie, mówiące o 6 butelkach. W najgorszej perspektywie jest ich 3. Słownie: trzy.

.

butelki
Dlaczego nie pijamy wina?

Powodów jest wiele. Chciałbym skupić się tutaj głównie na młodych ludziach (w wieku 18-24 lat), jednak ciężko jest przeanalizować temat dogłębnie, nie spoglądając na ogół naszych rodaków.

.
Powód 1: Polak woli wódkę i piwo

Nie ma co ukrywać tego, że Polacy, jeśli chodzi o alkohol, wolą wódkę i piwo. Wystarczy spojrzeć na te dane:

Konsumpcja piwa w naszym kraju na rok 2013 wyniosła prawie 4 miliardy litrów. 4 miliardy! To 30 razy większa liczba niż ta mówiąca o winie.
Spożycie wódki również jest zaskakująco duże. W tym samym roku Polacy skonsumowali jej niemalże 300 milionów litrów! I znowu, porównując ten wynik do wina, otrzymujemy liczbę ponad 2 razy większą (choć zawartość procentowa alkoholu jest tam około 4 razy większa)

Ostatnimi czasy gwałtownie rozwija się sieć dystrybucji, coraz częściej widzimy w telewizji reklamy związane z winem, więc chętniej wybieramy się do sklepu i dobieramy jakąś butelkę do naszych upodobań. To jednak ciągle za mało.

Przeciętny Polak kupuje trunki alkoholowe wyłącznie w jednym celu – aby procenty zaszalały w naszej krwi i sprawiły, że poczujemy się bardziej wyluzowani i byśmy bawili się lepiej. To dlatego wino zamyka listę najchętniej spożywanych gatunków napojów alkoholowych – jego cena może być zbyt duża w stosunku do ilości promili dostarczonych do naszego organizmu.

Wódka to tani procent. Piwo – napój niezwykle społeczny, którego reklamy są dosłownie wszędzie. Kreują je jako napój dla luzu, sprzyjający spotkaniom towarzyskim na grillach i piknikach; kojarzy nam się z wyjazdami w góry i przygodą. Mało tego, nie znam żadnej osoby, która zamówiłaby w barze czy klubie jakieś wino. Piwo zdaje się być łatwiejszą alternatywą.

.

wino2
Powód 2: Wino niepotrzebnie kojarzymy z alkoholem

Wina leży w świadomości młodych Polaków na temat procentów. Potrzebne jest inne podejście do tego tematu, odrzucające spożycie wina wyłącznie w celu nawalenia się i wylądowania w rowie po mocno zakrapianej imprezie.

W kulturze śródziemnomorskiej, podawanie wina (głównie rozcieńczonego wodą) dzieciom jest zupełnie normalne. Tymczasem u nas widzimy coś zupełnie innego – u niektórych, spożywanie jakiegokolwiek alkoholu przed 18. rokiem życia jest surowo zabronione i karygodne dla osób ze starszego pokolenia. Ale gdy choćby jeden dzień po ukończeniu pełnoletniości, po wstrzemięźliwości przez tak długi czas, nawalisz się wódką do nieprzytomności – wszystko jest w porządku.

Wymiotować mi się chce gdy widzę jak kobiety w moim wieku odrzucają wódkę tylko dlatego, że wolą popić sobie najtańszego wina (jeśli to, co piją, w ogóle można tak nazwać), bo one wódki nie lubią. Tymczasem efekt jest dokładnie taki sam. Dziewczyny jednak, chcąc stać się wielkimi damami, nie chwycą za kieliszek wódki. W końcu są kobietami, a wódka przeznaczona jest dla mężczyzn i plebsu. Procenty mogłyby za szybko uderzyć i takie tam.

Apeluję więc – spójrzmy inaczej na wino. Jak na integralną część obiadu (gdyż pełnię smaku odkrywamy właśnie w połączeniu z jedzeniem), jako suplement dla zdrowego życia, napój na długie, zimowe wieczory, kiedy nie musimy wychodzić z domu i przygotowujemy się do egzaminu.

.

ekskluziw
Powód 3: Wino jest uznawane za towar ekskluzywny

Jak wspomniałem wyżej, przez wiele osób wino jest traktowane jako dobro, na które nie każdy może sobie pozwolić. Przyjemność wynikająca ze spożycia czystego alkoholu jest zbyt mała w stosunku do ceny – i jest to błąd w świadomości młodych Polaków. Nie musicie kupować wina za 100 złotych aby było naprawdę fajne – gwarantuję wam to.

Najciekawszym potwierdzeniem dlaczego obywatele naszego kraju uznają wino za symbol splendoru i bogactwa jest fakt, że kupujemy je głównie jako prezent. Na imieniny, na wesele, na wizytę u znajomych – bo przecież wódka jest dla pospólstwa i nieładnie tak przyjść z flaszką. To samo tyczy się jedzenia w restauracji – gdy już wyjdziemy tam raz na ruski rok, czemu by nie pokazać się z dobrej strony i nie zamówić butelki czegoś naprawdę dobrego? A może jacyś znajomi nas zobaczą, jak trzymamy kieliszek w dłoni?

Za tę samą kwotę możemy dostać pół litra Wyborowej, albo przeciętne wino z dyskontu. Co wybierzemy? Oczywiście, że wódkę. Wino zostawimy bogatszym, bardziej wykształconym ludziom, którzy mogą sobie na nie pozwolić. Przychodzą goście, a do obiadu trzeba sobie coś pyknąć, więc stawiamy na wysokoprocentową wódkę. Wyluzujemy się, staniemy się mniej spięci, rozplącze nam się język i rozmowa zakwitnie jak mlecze na wiosnę.

Sęk jednak w tym, że smak wódki i wina znacznie się od siebie różni i gwarantuję, że ten drugi jest znacznie ciekawszy. Owszem, branża winiarska w Polsce zdaje się być nieco zamknięta, przez co jest mylnie kojarzona z elitą naszego społeczeństwa, do której dostęp przysługuje tylko nielicznym. Nieprawda – gwarantuję wam, że importerzy i sprzedawcy zrobią wszystko, żeby zmienić nastawienie Polaków do wina. Mało tego – ostatnio ze skutecznością robią to także dyskonty. Próbując odczarować fakt nazywania wina towarem luksusowym.

.

wodka
Powód 4: Tradycja i kultura

Tradycja picia wina nie jest w Polsce zakorzeniona tak głęboko jak w innych krajach zachodniej Europy. Ledwie odrastamy od ziemi i widzimy naszych rodziców, dziadków, wujków i ciotki świetnie bawiących się na imieninach stryja Waldemara przy akompaniamencie wódki. Dużych ilości wódki. Co więc mamy robić? Czekamy, aż skończymy te 18 lat (a czasami nawet nie czekamy) i sięgamy po wódkę, bo widzimy ją na co dzień. Jawi się ona w naszych oczach jako trunek, który każdy Polak musi umieć pić.

Bo piliśmy go od zawsze, w dużych ilościach.

To samo tyczy się piwa. Janusz, po ciężkim, upalnym dniu w fabryce, wróci do domu, założy swój ulubiony biały podkoszulek z niedopraną plamą musztardy, włączy telewizor i poprosi żonę, aby dała mu butelkę zimnego piwa z lodówki. A potem kolejną i jeszcze jedną. Tak na ugaszenie pragnienia.

Robimy więc to samo, wyciągając wnioski i ucząc się od starszych. Nie wiemy, że butelka chociażby najbardziej przeciętnego białego wytrawnego, wyjętego z lodówki i rozcieńczonego na pół z wodą, zdecydowanie lepiej ugasi pragnienie w upalny dzień. Pytanie tylko, czy warto przeznaczyć na nie te 30 złotych, jeśli możemy wydać 10 razy mniej. Doskonałym przykładem może być tu Vinho Verde czy Prosecco, które ostatnimi czasy staje się wśród Polaków coraz bardziej popularne.

Obecnie wielu restauratorów i importerów próbuje oswoić młode pokolenie z winem – mamy do dyspozycji całą gamę spotkań i degustacji, gdzie w cenie 30-50 zł możemy się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy, a także spróbować kilku/kilkunastu rodzajów win..

wino
Powód 5: Błędne wrażenie braku wiedzy

Wiedza młodych Polaków o winie pozostawia wiele do życzenia. Nie znamy podstawowych rodzajów szczepów winogron, nie potrafimy rozróżniać typów win (nie licząc podziału białe-różowe-czerwone). Nie wiemy, że słodkie wino podane na weselu skutecznie gasi apetyt, a nie pobudza go. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jakie wino pasuje do jakiego typu dania. W wielu kwestiach mamy solidne braki i musimy się jeszcze wyedukować.

Do piwa i wódki nie potrzebujemy żadnej specjalnej wiedzy – idziemy więc na łatwiznę. Kupując je, możemy być pewni, że nie spotka nas żadna kompromitacja. Ludzie błędnie sądzą, że picie wina wymaga ogromnej wiedzy, wręcz niemożliwej do zdobycia dla przeciętnego Kowalskiego. Nic bardziej mylnego – nie wolno bać się wina! W restauracji od doboru wina do dania mamy kelnerów, w przypadku sklepów i dyskontów – sprzedawców. Wszyscy oni są gotowi służyć nam pomocą, jeśli tylko nie wiemy na co się zdecydować.

Najpopularniejszą marką wina w Polsce jest kalifornijskie Carlo Rossi. Wśród naszych rodaków cieszy się ono ogromnym powodzeniem – podobnie jest z El Sol, Kadarką, czy Fresco. Taaaak, jasne. Wina stołowe, według producenta (co jest dalekie od prawdy) pasujące do każdej potrawy – czyli najniższa kategoria, nie posiadająca na swojej etykiecie nazwy szczepu i rocznika.

Sam nie wiem co sądzić o tym fakcie, jednak nie spotkałem żadnej pochlebnej opinii na temat tych marek od ludzi zajmujących się winem zawodowo. Niektórzy twierdzą, że te napoje z winem mają niewiele wspólnego i powstają po zmieszaniu ze sobą różnych rodzajów win białych i czerwonych, słodkich i wytrawnych. I tak powstaje Chocapic. A może napój winogronowy z dodatkiem spirytusu? Kto ich tam wie.

Kategorie
Blog

Czego uczą nas wykładowcy?

Czasami są pozbawieni człowieczeństwa. Bywają mściwi, myślą, że wszystko im wolno, a słowo litość nie występuje w ich słowniku. W toku studiów poznajemy ich dziesiątki razy i rzadko kiedy mamy okazję porozmawiać z nimi o sprawach odbiegających od tematyki wybranego przez nas kierunku. Nie wiemy czego możemy się po nich spodziewać; często nie mamy także pojęcia czy kierują nimi jakieś pozytywne emocje. Bywają niepunktualni i niekiedy zwyczajnie mają nas głęboko w poważaniu – bo im wolno. Dobrze wiecie, o kim piszę. O tych, którzy wpisują nam oceny do indeksów.

.
Geneza

Sytuacja jest beznadziejna – zdaję sobie sprawę, że tym wpisem niczego nie zmienię, jednak poczułem wewnętrzną potrzebę podzielenia się z wami wszystkim, czego doświadczyłem ze strony swoich prowadzących w ciągu ostatnich pięciu lat. Nie mam pojęcia czy wasze odczucia względem niektórych z nich będą podobne, czy też zupełnie odmienne od moich, jednak sprawa według mnie jest naprawdę poważna. Chociaż z drugiej strony natrafiałem wiele razy na normalnych, wyrozumiałych nauczycieli, to jednak tych drugich była zdecydowana większość. Zaznaczam więc, że artykuł nie odnosi się do każdego wykładowcy z osobna, ale do wielu jednostek, które razem kreują moje postrzeganie ich jako spójnej całości.

.
Gdzie leży problem?

Długo zastanawiałem się nad tym, czyja to właściwie wina. Rozumiem, że czasami wina może leżeć w studentach, którzy faktycznie nauczycieli mogą wyprowadzać z równowagi. Niekiedy mają wygórowane wymagania i proszą o litość, która w wielu przypadkach nie jest okazywana. Są zasady, których powinno się przestrzegać – i nic z tym nie zrobimy. W takich sytuacjach staję po stronie wykładowców, którzy muszą uczyć sumienności i całkowitego wywiązywania się z postawionych przed podopiecznymi zadań.

Z drugiej strony, podaję tutaj siebie jako przykład, gdyż wydaje mi się, że jestem w miarę przykładnym studentem, stosuję się do terminów ustalanych przez prowadzących na początku semestru i uważam, że robię wszystko, co do mnie należy. No właśnie – uważam, gdyż czasami natrafiam na barierę, której nie mogę pokonać.

Poniżej wymienię najczęstsze negatywne sytuacje na jakie natrafiałem podczas ostatnich pięciu lat studiów, przy próbach zdawania jakiegoś przedmiotu. Wtedy, gdy niezbędny był kontakt z wykładowcą, który z kolei był przez niego samego utrudniany lub nawet uniemożliwiany.

.

Nie masz nic do powiedzenia
Nigdy, przenigdy nie podchodziłem do większości z nich jak do ludzi, którzy mogliby zrozumieć moją sytuację. I nie myliłem się.
Racja zawsze leży po jego stronie, a jakiekolwiek tłumaczenia i dyskusje są zbędne. Nie liczy się to, co powiedział na początku semestru – władza absolutna należy do niego i jest on Panem swojego gabinetu. Jeśli tylko mu to pasuje – może zmienić termin zdawania jakiegoś projektu, czy zasady, na jakich odbywa się zaliczenie. Próbując wytłumaczyć mu, że miało być inaczej, zostaniesz odesłany ze stwierdzeniem, że możesz poskarżyć się dziekanowi.
Jeśli myślisz, że masz rację – mylisz się. Sytuacja jest beznadziejna, bo rzadko kiedy możesz coś z tym zrobić. To nie jest demokracja, a rządy totalitarne, w których przeciwstawienie się dyktatorowi i niepodporządkowanie do zmienionych zasad równa się niezaliczeniu przedmiotu. W najlepszym przypadku.
.
separator
Niedoinformowanie
To rzecz, która jest dla mnie niesamowicie irytująca i powodująca drgawki. Jest tydzień przed egzaminem, a on jeszcze nie wie, do cholery, na jakich zasadach będzie się odbywać zaliczenie. On jeszcze o tym nie myślał, bo nie jest to dla niego ważne. Ty masz znać cały materiał, przerobić całą konieczną literaturę, a on po prostu da ci dwóję. Bo może. Co z tego, że dla ciebie liczy się ocena czy chociażby fakt, że zdasz dany przedmiot.
Sprawa może się także komplikować w chwili, kiedy prowadzących dany kurs jest więcej – przykładowo dwóch. Pan A mówi ci, że jego materiał jest najważniejszy i z tego należy się uczyć, Pan B z kolei twierdzi, że pani A mówi nieprawdę i zaliczenie będzie wyglądać inaczej. A ty głupiejesz, bo to normalne, że każdy z nas wolałby iść po linii najmniejszego oporu. Jeśli miałbyś przygotować się do zaliczenia czytając sto stron, zapewne nie przeczytasz całej książki, a tylko konieczny zakres.
.
separator
Całkowity brak szacunku
Tak, wiele razy spotykałem się również z tym. Czasami ocena nie była dla mnie wyznacznikiem wiedzy – ważniejszy był fakt, czy mówiąc coś niezwiązanego z tematem, nie ośmieszę się przed całą grupą i prowadzącym włącznie.
Złośliwe, uszczypliwe komentarze, a nawet zwyczajne chamstwo były dla mnie chlebem powszednim. Bo co mu zrobisz? Teoretycznie ma rację, że czegoś nie zrozumiałeś, czegoś nie umiesz. Ale nie powie w tego normalny dla kulturalnego, miłego człowieka sposób, a swoim słowem sprawi, że będziesz miał ochotę zapaść się pod ziemię. Nie wytłumaczy ci tego, co zrobiłeś źle – znacznie prostsze jest stwierdzenie, że powinieneś się domyślić. Tak, wydaje mi się, że wykładowcy też mają serious case of PMS. Albo zły dzień. 365 dni w roku.
.
separator
Terminowość
Tak naprawdę całkiem dobrze potrafię znosić obelgi kierowane pod swoim adresem. Przyzwyczaiłem się. Ale jest coś gorszego.
Od nas – studentów – wymaga się bezwzględnej terminowości. Nie złożysz pracy dyplomowej w terminie – masz problem. Nie pokażesz się na pierwszym terminie egzaminu – tracisz go. Proste jak budowa cepa. Ale czy aby na pewno działa to w obydwie strony?
Zdarzały mi się sytuacje, w których nauczyciel akademicki ustalał godzinę konsultacji na 8:00 rano. Przygotowujesz się więc do tego pół nocy, budzisz się bladym świtem i przychodzisz tam na 7:30, żeby zająć sobie kolejkę. Mija godzina, a pana doktora habilitowanego wciąż w gabinecie nie ma. Zaglądasz więc do sekretariatu i rozmawiasz o tym fakcie panią siedzącą za biurkiem i układającą pasjansa, która to dzwoni na komórkę do szefa i pyta, czy będzie dziś na uczelni.
Po chwili dowiadujesz się, że wykładowca szaleje na nartach w Alpach i będzie dopiero w przyszłym tygodniu. I stojąc tam z otwartą szczęką, będąc uspokajanym przez kolegę, który akurat odbył trening panowania nad emocjami w klasztorze Shaolin, wyglądasz mniej więcej tak:
.
arthur-weasley-harry-potter-j-keep-calm-order-of-the-phoenix-Favim.com-235344
.
separator
To oni są dla nas!
Prawda jest właśnie taka, gdyby ktoś się jeszcze nad tym zastanawiał. Gdyby nie studenci, oprócz zajmowania się pracą naukową, wykładowcy nie mieli by nic do roboty.
Zastanówmy się – czy oni naprawdę chcą nas czegoś nauczyć, czy raczej wzbudzić w nas zachowania, przez które często rozkładamy ręce w poczuciu bezradności? Jeśli tak ma wyglądać nauka życia, to może warto byłoby czasami odnaleźć w sobie odrobinę sumienności i po prostu ludzkiej życzliwości? Czy przy sprawowaniu takiej funkcji nie warto podchodzić do innych z chęcią niesienia pomocy, a nie utrudnienia życia?
Ja wiem, że wszyscy jesteśmy tylko i aż ludźmi, ale skoro wymagasz – wymaga się również od ciebie. Dlatego niech ta kooperacja student – profesor nie będzie nigdy jednostronna. To znacznie ułatwi życie.

Kategorie
Blog

Życiowe porady dla studentów pierwszego roku

Zdajesz maturę. Zadowolony z tego stanu rzeczy, siadasz przed komputerem i zerkając na leżące przed tobą świadectwo dojrzałości, zaczynasz rejestrację na wymarzone studia. Wklepujesz w puste pola formularza te nic nie znaczące cyferki, uświadamiając sobie przy tym, że mogłoby być lepiej. Choć wiesz, że dałeś z siebie wszystko w maju, jesteś pewien, że te wartości są niezbędne do stworzenia rankingu przyjętych na dany kierunek. Po długim czasie oczekiwania udaje ci się. Chcesz rozpocząć swoją kilkuletnią przygodę na kolejnym etapie edukacji.

.

Każdy studiujący przez to przechodził. Żeby zostać kimś, najpierw trzeba przejść przez etap bycia pierwszoroczniakiem, zupełnie nieodnajdującym się w studenckiej rzeczywistości. Doświadczyłem tego 5 lat temu i dobrze wiem o czym piszę – to po części wkroczenie w pół-dorosłe życie, etap asymilacji z nową rzeczywistością i faza uzależnienia się od samego siebie, nie od rodziców. Może bywać lepiej i gorzej, ale koniec końców – dasz sobie radę.

W tym wpisie przedstawiam najczęstsze błędy, które popełniałem na samym początku swojej pięcioletniej przygody ze studiami, dodatkowo uzupełniając je sytuacjami, których zupełnie niespodziewanie doświadczałem. Postaram się pokazać wam jak ich uniknąć, gdyż czasem starcie z nową rzeczywistością może być naprawdę ciężkie.

.

Bardzo często nie prześpisz 8 godzin.
Skończą się czasy, kiedy po obejrzeniu „Kulis M jak Miłość” ułożysz się wygodnie w łóżeczku, przykryjesz kołderką i zaśniesz, budząc się wyspany o 7 rano dnia następnego. O godzinie 21:37 wielu z nas dopiero rozpoczyna życie i decyduje, w jaki sposób chce spędzić wieczór. Może to być przygotowywanie się na jutrzejsze kolokwium, impreza, pisanie na Facebooku przez całą noc z jakimś dobrym znajomym, oglądanie „Tomasza Lisa na żywo” – opcji jest wiele. No dobra, bez tego ostatniego.
Położenie się spać przed godziną 22, nawet usprawiedliwiając się zmęczeniem, może spotkać się nieciekawą reakcją wśród znajomych lub obudzeniem cię przez dźwięk przychodzącej wiadomości na Messengerze.
Bo jak można pójść spać tak wcześnie?!
.
Twój współlokator nie musi być twoim najlepszym przyjacielem.
Miałeś dobrego kolegę/koleżankę w szkole średniej i los chciał, że zdecydowaliście się na studia w tym samym mieście. Fajnie, w końcu świetnie się razem dogadywaliście, mieliście wiele wspólnych tematów – czemu by więc nie zamieszkać wspólnie w jednym mieszkaniu, albo nawet pokoju?
Tymczasem, musisz przygotować się na najgorsze. Nie wiem, czy to studia aż tak zmieniają ludzi, czy wywierają na człowieku jakąś presję imprezowania i niekończącej się zabawy, ale pamiętaj – niektórzy mogą stać się demonami nocy. Po powrocie do domu, możesz trafić na imprezę, bo ktoś mógł pomyśleć, że chyba nie będziesz miał nic przeciwko. Całkiem możliwe jest, że to ty będziesz musiał w głównej mierze utrzymywać czystość w mieszkaniu, myć muszlę klozetową, wyciągać włosy spod prysznica i resztki jedzenia ze zlewu.
Obrzydliwe? Po kilku latach zmienisz zdanie.

Stoisz sam pośrodku świata,
Dookoła tysiąc spraw,
Minął dzień, mijają lata.
Jutro mieni się od barw.

Możesz poczuć się samotny.
Tak jak w czołówce z „Plebanii”, czasem możesz doznać uczucia, że właściwie nie masz do kogo się odezwać, bo nikt cię nie zrozumie. Zatęsknisz za domem oraz bezpieczeństwem i ciepłem, które ten gwarantuje. Może się zdarzyć, że uznasz każdy dzień za taki sam i doświadczysz strasznej monotonii. Można to zwalczyć próbując odwrócić od tego myśli, albo po prostu przebrnąć przez pierwszy miesiąc nauki – człowiek szybko się asymiluje do nowej rzeczywistości.
.
Wiesz jak robić pranie?
Nie? Więc się naucz.
Uwierz mi – wożenie ciuchów do domu kilka razy w miesiącu jest na dłuższą metę nieopłacalne, choć to doskonały pretekst do zobaczenia się z rodziną. Niby nie chcesz, ale przy okazji zabierzesz sobie z domu troszkę jedzonka i wszyscy będą zadowoleni.
Poza tym, jeśli chcesz być naprawdę niezależny – to podstawowa, najprostsza lekcja życia. Kupujesz proszek do prania, płyn do płukania, wsypujesz pierwszy i wlewasz drugi w odpowiednie miejsce, wybierasz odpowiedni tryb na panelu i gotowe! Prosta sprawa, a jak bardzo może ułatwić życie tobie i wielu osobom w twoim otoczeniu. Szczególnie tym wyczulonym na nieprzyjemne zapachy.
Niekoniecznie znajdziesz na studiach partnera.
Życie to nie bajka ani film, więc wybierając się na uczelnię po raz pierwszy, nie licz na to, że spotkasz tutaj miłość swojego życia. „Klasowe związki” według mnie nie są dobre, ale też wiem, że uczucie nie wybiera.
Znam mnóstwo przypadków bycia wykorzystywanym przez drugą osobę pod pretekstem głębokiej, jednostronnej miłości, dzięki czemu niektórym zdecydowanie łatwiej było przebrnąć przez zaliczenia i egzaminy. Szczególnie zaliczenia, if you know what i mean.
.
Akademik może nie wyglądać tak, jak na amerykańskich filmach.
Uczelnia to nie Hogwart, a akademik to nie dormitorium. W większości przypadków korytarze bardziej przypominają szpital, a pokoje nijak mają się do tych, o których czytałeś w książce. Nie będzie tam sów przynoszących listy, nie będzie latania na miotłach (choć jakieś inne przedmioty mogą latać). Zresztą – przekonasz się sam.
.
Uświadom sobie, że jednak kochasz swoją mamę.
I że w domu wcale nie było tak źle. Tutaj wszystko musisz robić sam – począwszy od przygotowywania jedzenia, a skończywszy na prasowaniu wymiętych koszul. Pamiętaj, że tak naprawdę nie spożywanie żadnych posiłków i chodzenie w brudnych, wygniecionych rzeczach problemu nie rozwiązuje.
Nie mają sensu także powroty do domu w każdy weekend w celu zmuszenia kogoś do zrobienia tego za ciebie. W końcu chcesz być samodzielny, prawda?
Ktoś mądry kiedyś powiedział, że studiowanie to trochę jak bycie bezrobotnym, tylko rodzice są z ciebie dumni. Coś w tym jest.
.
Nie wszystkie imprezy to sex-orgie.
Nie rób więc nic wbrew sobie i nie idź na żadną z zamiarem opisanym powyżej. W większości przypadków to raczej pomoc najbardziej pijanym, szlachetne, poalkoholowe wyznania miłości i inne takie, których mogłeś już doświadczyć wcześniej. Jednak to, że ktoś ma wolne mieszkanie (i nie ma tam rodziców) wcale nie znaczy, że będzie tam miejsce na… No sam wiesz co.
Kawa to jedna z twoich najlepszych przyjaciółek.
Możesz także użyć napoju energetycznego jako zamiennika – wybór należy do ciebie. Choć czasami mogą na ciebie wcale nie działać, to jednak picie kawy jest takie… studenckie. Zaopatrz się w kubek termiczny, kubek ze Starbucksa i generalnie wszystkie przedmioty świadczące o tym, że jesteś nałogowym kawopijcą. Doceń także potęgę drzemki.
.
Poznaj swoją uczelnię.
Czasami umiejscowienie sal wykładowych czy budynków dydaktycznych może być bardzo skomplikowane. Dlatego warto, przed wyruszeniem na pierwsze zajęcia, poznać plan kampusu trochę lepiej niż później martwić się spóźnieniem z tego wynikającym.
.
Umiejętnie zarządzaj czasem i funduszami.
Polecam prowadzenie kalendarza i zapisywanie sobie wszystkiego, co związane ze studiami. To żaden obciach, a wiele ważnych spraw może nam czasami umknąć. Nie zostawiaj wszystkiego na ostatnią chwilę (choć wiem, że każdy to robi) i zawsze pozostawaj doinformowanym.
Jeśli masz konkretny miesięczny budżet i żadnych możliwości dorobienia sobie po godzinach, rozsądnie gospodaruj swoimi funduszami. Oczywiście możesz wszystko przeznaczyć na alkohol i imprezy, ale nie zdziw się gdy pod koniec miesiąca twój portfel i konto bankowe będą świecić pustkami.

Na tej ziemi, pod tym niebem
Życie nasze toczy się.
Dzień jak co dzień, dzień po dniu
Wciąż się dzieje życia cud.

Przygotuj się na brutalną rzeczywistość.
Pamiętaj, że nie każdy student jest twoim przyjacielem i czasami możesz spotkać ludzi, których bardziej ucieszy twoja porażka niż ich własny sukces. Wielce prawdopodobnym jest, że doświadczysz wyścigu szczurów i walki o dobre oceny. Nie zdziw się także gdy ktoś, komu pomożesz na egzaminie otrzyma lepszą ocenę niż ty. Niestety, takie jest życie, a sprawiedliwość na studiach czasami nie istnieje. Każdy dba o siebie.
Wiedz, że niektórzy wykładowcy mogą próbować utrudnić ci życie i nie zwracają się do ciebie per Pan/Pani dlatego, że darzą cię jakimś szacunkiem. Przygotuj się na kilkudziesięcioosobowe kolejki i nerwy, których przez to doświadczysz. Pamiętaj, że nie jesteś na studiach sam i wiedz, że w pierwszej kolejności musisz dbać o siebie.

Kategorie
Blog

Typy studentów, których znajdziesz na każdej uczelni

Ludzie są różni, a na uczelniach przewijają się ich setki. Tysiące. Jednych wcale nie zauważamy, z innymi mamy styczność przez całą naszą pięcioletnią ścieżkę edukacyjną. Odkryłem jednak pewną zależność, do potwierdzenia której nie potrzebowałem długich poszukiwań. Istnieją konkretne typy ludzi, którzy pojawiają się wszędzie, niezależnie od kierunku, uczelni czy grupy do której przynależymy. Dlatego sądzę, że każdy z nas powinien wśród swoich bliższych lub dalszych znajomych z uczelni znaleźć kogoś, o kim będzie poniższy tekst. Jestem tego pewien – zawsze znajdzie się ktoś taki.

.
1. Picasso

picasso

Ktoś, kto odkrywa swój prawdziwy talent tylko w chwili niesamowitej nudy. Wszystkie zeszytowe notatki są uzupełnione rysunkami wszystkiego i wszystkich – począwszy od totalnych abstrakcji (połączeń spiral, roślin i mozaik), a skończywszy na karykaturach wszystkich studentów i wykładowców. Zeszyt nie może być pusty, a powierzchnia każdej kartki powinna być zapełniona w stu procentach.

Można go poznać po charakterystycznym dźwięku długopisu przejeżdżającego po kartce w chwili zupełnej ciszy. Często także w niewielkim stopniu wysuwa język – to pomaga w skupieniu się. W wielu przypadkach czeka na dostrzeżenie i twoją pochwałę.

.
2. Telefonomaniak

telefonomaniak

Bardzo rozpoznawalny, słyszalny i dostrzegalny. Przez 95% zajęć korzysta z Messengera, Facebooka, Instagrama, Snapchata i wszystkiego innego co tylko może odwrócić uwagę od treści wykładu. W sumie się nie dziwię – czasami też nie chce mi się ich słuchać, a telefon wydaje się genialną alternatywą do zabicia nudy.

Poznasz go od razu – głównie po imitowanych przez telefon dźwiękach. Bzyczeniu (jeśli telefon jest wyciszony), gwizdaniu (jeśli nie jest) i charakterystycznym uderzeniu smartfona o blat.

Fiufu fiu fiu fiu.

.
3. Student – ninja

ninja

Wiesz, że istnieje. Wiesz, że gdzieś tam się czai i czeka na koniec semestru. Jest na liście studentów, czasami nawet mignie ci końcówka jego nogawki gdy będziesz pisał kolokwium. Często udziela się na Facebooku, ale w realnym świecie mało kto go widział.

Nie możesz go jednak znaleźć – on odszuka ciebie sam. Na początku sesji, gdy potrzebne będą notatki. Wtedy staniesz się jego sensei. Czy jakoś tak.

.
4. Bufetowy

żarłok

Je. Dużo je i dużo pije. Właściwie rzadko kiedy pojawia się na zajęciach bez puszki coca-coli, butelki niegazowanej wody, snickersa czy jakiejś kanapki. Skutecznie tłumi odgłosy odbijania się wychodzące skądś z głębi. No bo każdy musi jeść.

Ostatnio też pojawiła się moda na przygotowywanie posiłków w domu, szczególnie przez panów robiących masę. Bo tak jest zdrowo, bo pięknie się wygląda i to spora oszczędność. Więc coraz częściej, gdy tylko zaczyna się wykład, słyszymy trzask otwieranego pojemnika i widzimy takiego delikwenta delektującego się swoją sałatką z kurczakiem gyros, oblanego majonezem, z dodatkiem jajka, czosnku i wszystkiego, co zwyczajnie cuchnie. Albo pobudza nasze ślinianki. No i oczywiście kolejny nieodłączny towarzysz – shaker.

Nie wiem, mi tam się udało przypakować nie wzbudzając przy tym zainteresowania każdego z osobna.

.
5. Omnibus

kujon

Ma na wszystko odpowiedź. Zadaje mnóstwo pytań. Nigdy nikomu nie pomaga (twierdząc przy tym, że się nie nauczył). Gorliwie wierzy w rywalizację między studentami i każdego z nich traktuje jako potencjalnego rywala na rynku pracy.

Twoja porażka cieszy go bardziej niż własny sukces. Myśli, że jest ulubieńcem każdego wykładowcy, jednak nie wie, że tak naprawdę mają go w nosie. Idealnie i skrupulatnie prowadzi notatki. Jest samowystarczalny i najlepiej doinformowany na roku. Czwórka to najgorsza życiowa porażka.

.
6. Gwiazda roku

gwiazda

Zna go/ją dosłownie każdy. W każdej możliwej sytuacji musi być w centrum uwagi i wyróżniać się wśród wszystkich swoim ubiorem/zachowaniem/czymkolwiek. Jej motorem napędowym jest tylko i wyłącznie fejm. Nie zdaje dla beki, zalicza dla beki. Obawia się tylko i wyłącznie tego, że nie zostanie dostrzeżona i ktoś przejdzie obok niej obojętnie.

Imprezuje, często przenosi klub na kampus. Lubi robić z siebie pośmiewisko i traktuje to jako dobrą zabawę. Przeważnie jest to osoba, u której w mieście jeżdżą tramwaje – ze słoikami nie chce mieć wiele do czynienia. Często niesamowicie głośny i nieprzeciętnie tępy.

Dajesz. One more selfie.

.
7. Kredyciarz

kredyciarz

Piszesz sobie kolokwium. Czujesz charakterystyczne szturchnięcie w okolicy barku. To właśnie on.

Ktoś, kto nigdy nie ma przy sobie niczego. Prosi cię o długopis (który później ląduje w jego ustach), a następnie o kartkę, bo nie ma na czym pisać. Pyta cię o to, gdzie i kiedy macie zajęcia, bo tego przecież też nie może sprawdzić. Ale finalnie zawsze wychodzi na tym lepiej niż ty.

.
8. Luzak

luzak

Bez spiny, są drugie terminy. Zwykle go nie ma i zmartwychwstaje dopiero przed sesją, jednak czasami pojawi się na uczelni. Nauka nie jest dla niego – on swoim wrodzonym wdziękiem i umiejętnościami radzenia sobie dosłownie ze wszystkim, zawsze da sobie radę.

Imprezuje, zaprasza na balangi w akademiku. Zawsze wychillowany. Nie ma takiej rzeczy, z którą by sobie nie poradził. Taka lepsza wersja omnibusa – bo przynajmniej zawsze gotów do udzielenia pomocy, choć może niewiele zaoferować.

Jak go już spotykasz, to zwykle jest na kacu.

.
9. Prawnik

prawnik

Zawsze gdy go widzisz, zastanawiasz się czy przypadkiem dzisiaj nie piszecie jakiegoś ważnego egzaminu. Nieodłączną częścią jego garderoby jest niewątpliwie garnitur, który ubiera zawsze – nawet gdy nie musi. W większości przypadków są to idealne skrojone marynarki oraz spodnie, ale zdarzają się również te „studniówkowe”, z których faceci już dawno wyrośli. Do tego skórzana aktóweczka oraz wszystkie sprzęty firmy Apple.

Nie musisz go pytać co studiuje. Sam ci o tym powie.

Kategorie
Blog

20 oznak, że jesteś dorosły

Starzejemy się. Sam nie wiem kiedy minęło mi dzieciństwo, 3 lata liceum, potem 5 lat studiów, a w sumie 24 lata życia. Czas płynie nieubłaganie i z każdą chwilą dostrzegamy to coraz bardziej – a przynajmniej ja tak mam. Pewne zachowania, których nie zauważaliśmy dawniej, teraz zaczynają nabierać sensu. Nostalgia. Pożoga. Armageddon.

Chyba wystarczy tych smętów.

Prawda jest taka, że będąc dzieckiem, zawsze chciałem dodać sobie tych kilka lat. Tak bez jakiejś ważniejszej przyczyny – bo chciałem już mieć zarost, zrobić prawo jazdy, legalnie kupić piwko w sklepie. Teraz jest zupełnie odwrotnie i doskonale wiem z czego to wynika. Zmieniam swoje myślenie i towarzyszą temu przeróżne zjawiska, które zacząłem dostrzegać dopiero teraz. Nie wiem czy wy też tak macie, ale postanowiłem podzielić się tym z wami; odpowiedzieć sobie na pytanie:

kiedy zaczyna się dorosłość?

Dlatego w tym wpisie zestawiłem dostrzegalne różnice między zachowaniami, które posiadam teraz, a których nigdy nie przejawiałem wcześniej. Zachowaniami, które chyba tylko dorośli są w stanie zrozumieć.

Time-as-a-kid-versus-Time-as-an-adult1
Wiesz, że jesteś dorosły, gdy:

.

Nastawiasz budzik.
Ponieważ nie masz obok siebie nikogo, kto mógłby skutecznie wyrwać cię ze snu. Musisz to robić, bo wymagają od ciebie punktualności. Wykładowcy, nauczyciele, pracodawcy – tak naprawdę nieważne kto konkretnie to robi, jednak dorosłość zaczyna się wtedy, gdy musisz się gdzieś zjawić o konkretnej godzinie. Bo nikt nie zrobi tego za ciebie.
.
Wszystko zapisujesz.
Bo masz pewne uzasadnione obawy, że możesz o czymś zapomnieć. No wiesz, pamięć już nie ta sama, umysł może czasem płatać figle, a ty coraz częściej łapiesz się na tym, że skleroza nie boli. Kalendarz i notatnik stają się twoimi najlepszymi przyjaciółmi.
.
Ucinasz sobie niekontrolowane drzemki.
Może dlatego, że za mało śpisz nocą, a być może dlatego, że za dnia czujesz się niesamowicie wyczerpany. Życiem. Wiesz doskonale, że teoretycznie nie powinieneś tego robić, ale kołdra, poduszka i ciepłe łózio wydają się mieć taką moc. Tak silnie na ciebie oddziałują, że nie możesz się oprzeć.
.
Nie odkładasz rzeczy na później.
Starasz się robić wszystko od ręki, nie każąc nikomu na siebie czekać. Brak zobowiązań i nie bycie punktualnym jest zarezerwowane dla lekkoduchów i dzieci, a ty w końcu jesteś pełnoprawnym dorosłym. Musisz być brany na poważnie, dlatego nie zmieniasz planów i starasz się mieć wszystko jak najszybciej z głowy, by dalej ruszyć do przodu z czystą kartą.
.
Realnie myślisz o swojej przyszłości.
Sam nie wiesz czemu, ale jakiś wewnętrzny głos ciągle powtarza ci, że musisz się usamodzielnić. Większość decyzji, które podejmujesz, wymaga od ciebie głębszych przemyśleń, ponieważ rozpatrujesz je pod kątem wpływu na twoje dalsze życie. Sam rozumiesz – pora się ustatkować, zaoszczędzić trochę grosza i nie myśleć tylko i wyłącznie o tym, co tu i teraz.
.
Martwisz się o swoje zdrowie.
Bo twoje ciało wydaje się czasami odmawiać posłuszeństwa. Może nie w pełni, bo ciągle posiadasz nad nim kontrolę, ale to zawsze coś. Zaczynasz częściej odwiedzać dentystę, chodzisz na badania krwi, zauważasz, że ostatnio przybyło ci w pasie trochę centymetrów i jest ci je trudniej zrzucić niż dawniej. Metabolizm już nie ten sam.
.
Zmienia się twój gust filmowy i muzyczny.
„Project X”, który oglądałeś wcześniej, już nie sprawia takiej frajdy. Wszystkie seriale i filmy, które dotychczas wydawały ci się niesamowicie śmieszne, teraz przyprawiają o ciarki. Wolisz coś bardziej życiowego, przy czym możesz się pozastanawiać i popłakać gdy przyjdzie taka potrzeba i nikt na ciebie nie patrzy.
To samo dotyczy muzyki – klubowa rypanka odchodzi w niepamięć, a muzyka klasyczna wydaje się być zdecydowanie lepszą alternatywą. Przy spokojniejszych tonach możesz się w końcu zrelaksować, odpocząć po ciężkim i wyczerpującym dniu.
.
Doceniasz bardziej luksusowe rzeczy.
Kiedyś nie przeszkadzało ci jedzenie w fast-foodach, teraz wolisz cieszyć się doskonałym smakiem potraw w dobrych restauracjach. Dawniej wystarczało ci piwo i wódka, obecnie coraz częściej sięgasz po lampkę wina do obiadu i w pełni doceniasz jego smak. Tak to robią dorośli, a życie „na szybko” jakoś przestało ci sprawiać frajdę.
.
Wspominasz stare czasy.
Jak gdybyś przeżył dwie wojny, Stalina i lata osiemdziesiąte. Jeśli do tego kręci ci się w oku łezka, robisz to dobrze. Jakieś wydarzenie mogło co prawda odbyć się ledwo kilka lat temu, jednak wydaje ci się to dobrym pretekstem do dywagacji nad tym, jakie to dawniej były świetne czasy. One już nie wrócą.
.
Nie chce ci się ruszać z domu.
I nie ma znaczenia, czy właśnie odbywa się jakaś impreza, czy też musisz skoczyć na zakupy lub wyrzucić śmieci. Jakoś tak… Nie masz na to ochoty, skoro możesz wysłużyć się w tym celu innymi. Jeśli już przekroczysz próg drzwi i ujrzysz światło dzienne, wszystko wydaje się w porządku, jednak najtrudniej zrobić ci ten pierwszy krok i przemóc się by opuścić mieszkanie.
.
Doceniasz Ikeę.
Kiedyś marzyłeś o podróży do Disneylandu lub Legolandu. Obecnie, zakupy w Ikei za zarobione pieniążki są znacznie ciekawszą opcją. W końcu będziesz mógł udekorować swoje mieszkanie i wybrać meble swoich marzeń! Ikea to taka fajna atrakcja na cały dzień! No i przepyszne pulpety i hot-dogi.
.
Trudno ci skończyć oglądanie ulubionego serialu.
Kiedyś miałeś więcej czasu i mogłeś sobie pozwolić na maratony z ulubionymi serialami. Przesiedziałeś przed telewizorem cały weekend i bach – jeden sezon obejrzany. Potem drugi, trzeci, kolejny. Teraz jakoś trudniej sobie na to pozwolić – i nie chodzi tylko o czas, ale i chęci. Czasami wolisz z wolnym czasem zrobić coś innego.
.
Martwisz się kacem.
I z tego powodu zastanawiasz się nad uczestnictwem w każdej imprezie, na której potencjalnie może lać się alkohol. Niby wszystko fajnie, ale jednak perspektywa umierania na następny dzień nie zachęca. Trudno się do tego przyznać organizatorom zabawy, bo możesz zostać wyśmiany, ale jednak czasami ta rzecz bierze nad tobą górę.
.
Na święta kupujesz sweter z reniferem.
Kiedyś myślałeś, że to zwyczajny obciach. Teraz – jest taaki słooooodki! I ciepły! Idealnie pasuje na święta Bożego Narodzenia, możesz nim zaskoczyć rodzinę i wyglądać przezabawnie.
.
Potrzebujesz dnia odpoczynku po wakacjach.
Męczy cię odpoczywanie. Starasz się nie wracać do pracy bezpośrednio po powrocie, ale dajesz sobie 24 godziny na uporządkowanie myśli i odpoczynek fizyczny. Co z tego, że mialeś all-inclusive w Lloret de Mar, skoro zmęczyła cię podróż i najlepiej czujesz się we własnym mieszkanku?
.
Znasz wszystkie odpowiedzi na pytania przy rozmowie o pracę.
Doskonale wiesz, jakim zwierzęciem chciałbyś być, co daje ci najwięcej radości w życiu oraz jaki był twój największy sukces i porażka życiowa. Swoich przyszłych pracodawców potrafisz zagiąć każdą odpowiedzią, bo po prostu masz w tym niemałe doświadczenie.
.
90% zdjęć na telefonie to twoje zwierzątko lub dziecko.
Kiedyś były to notatki, zdjęcia z imprez, ze znajomymi – jednym słowem wszystko, co dawało ci w życiu pełnię szczęścia. Teraz może być to twój ukochany pupil, który zawsze czeka na ciebie w domku, mąż lub dziecko. Bo to twoje największe oczka w głowie i chcesz na nich patrzeć zawsze i wszędzie.
.
Nie przygotowujesz przez cały tydzień planów na sobotę. W sobotę przygotowujesz plany na cały tydzień.
Typowe. Chyba najważniejszy punkt z tej listy. Kiedyś wyglądało to tak, że przez cały tydzień zastanawiałeś się co takiego będziesz robił w weekend. Impreza, nauka – cokolwiek by to nie było, musiałeś mieć to ustalone. Teraz jest zupełnie na odwrót – doskonale wiesz, co spotka cię w sobotę i niedzielę – będziesz układał harmonogram czynności na cały następny tydzień.
.
Sam gotujesz, sprzątasz, robisz pranie i zakupy.
Jesteś dorosły wtedy, gdy nikt nie zrobi tego za ciebie. Możesz się od tego wzbraniać, ale prędzej czy później smród niewypranych gaci wróci do ciebie ze zdwojoną siłą. Więc albo zrobisz to teraz, albo się udusisz. To samo tyczy się samodzielnego robienia zakupów, sprzątania i gotowania.
.
Rozumiesz zdanie „zrozumiesz jak będziesz dorosły”.
Bo życie cię tego nauczyło.

Kategorie
Blog

Studia stacjonarne czy niestacjonarne?

Wśród wielu studentów wciąż panuje przekonanie o przewadze studiów stacjonarnych nad niestacjonarnymi. Z jednej strony jest ono uzasadnione, bo przecież za te pierwsze nie musimy płacić i w zasadzie taka jest naturalna kolej rzeczy. Z drugiej jednak strony, studia zaoczne stają się ostatnimi czasy coraz bardziej popularne – głównie ze względu na fakt, że możemy wcześniej podjąć pracę i zdobyć cenne w późniejszym życiu doświadczenie w branży. Aby całkowicie zrozumieć i doradzić komuś podjęcie studiów w którymś z trybów, temat trzeba porządnie przeanalizować. A kto inny to zrobi?

Kończy się czas matur, niedługo abiturienci rozpoczną rekrutację na studia. Dlatego teraz jest najlepszy czas na poruszenie tego wątku – wybór studiów nie jest łatwy, a niesie za sobą wiele konsekwencji na przyszłość.

Podział studentów

Obydwie formy mają wiele zalet i wad, dlatego ciężko jest jednoznacznie wyłonić zwycięzcę. W wielu przypadkach studenci uczący się w trybie stacjonarnym czują wyższość nad tymi drugimi, usprawiedliwiając swoje myślenie faktem, że tamci nie napisali dobrze matury i przez to nie zostali przyjęci na studia dzienne. Owszem – takich przypadków jest wiele, chociaż w dzisiejszych czasach wielu z absolwentów szkół średnich decyduje się na studiowanie w weekendy z własnej, nieprzymuszonej woli. Niekoniecznie musi to wynikać z niekorzystnej punktacji na egzaminie dojrzałości, ale z rozsądnego podejścia do tematu, rozpatrzenia wszystkich za i przeciw.

Obecnie studia niestacjonarne nie są tylko i wyłącznie przykrą koniecznością, ale stają się ciekawą alternatywą na pogodzenie ze sobą dwóch najważniejszych aspektów w rozwoju młodego człowieka – zdobywania wiedzy oraz praktycznego doświadczenia.

Statystyki mówią, że liczba studentów z roku na rok nieznacznie zwiększa się, albo pozostaje na tym samym poziomie.

Podział studentów w zależności od trybu studiów

Co trzeci student w Polsce uczy się w trybie niestacjonarnym. I podobnie było w naszym kraju od zawsze – podział pozostawał ten sam, choć bardzo zwiększała się liczba studentów.

Tryby studiów

Omówię to na samym początku, bo nie każdy z nas może wiedzieć czym właściwie różnią się te dwie formy.
Studia stacjonarne (dawniej: dzienne)

To studia bezpłatne, w których program kształcenia jest realizowany w normalnym trybie (od poniedziałku do piątku, w godzinach porannych lub popołudniowych) i wymaga bezpośredniego udziału nauczycieli akademickich i studentów.

To świetna opcja dla tych, którzy chcą w pełni poświęcić się nauce, mają na nią czas i pieniądze, aby się utrzymać.
Studia niestacjonarne (dawniej: zaoczne)

To studia płatne, w których program kształcenia jest realizowany w systemie zjazdów trwających od piątkowego popołudnia do niedzieli.

Są rozwiązaniem dla ludzi, którzy chcą łączyć naukę z czymś innym – głównie pracą. Wymagają więcej wyrzeczeń i wkładu własnego.

Uwaga – na niektórych kierunkach i uczelniach odchodzi się od studiowania w weekendy, a studenci niestacjonarni studiują od poniedziałku do piątku w godzinach normalnych lub wieczornych (studia wieczorowe). Wyjątkiem jest to, że muszą płacić za zajęcia.

Wydatki
Studia stacjonarne

W teorii są bezpłatne. Piszę, że w teorii, bo w praktyce często tak nie jest. Nikt nie pokryje za ciebie kosztów utrzymania, mieszkania, biletów, kserówek, książek, paliwa czy innych rzeczy. Czasami masz do zrobienia projekty, które trzeba wydrukować za sporą kasę, musisz kupić różne przybory potrzebne do wykonania jakiejś pracy. Jednak samo studiowanie nie wiąże się z przymusem płacenia uczelni za naukę. No chyba, że zawalisz jakiś przedmiot i przyjdzie ci go powtarzać za rok. Także ten brak opłat to czasami tylko pozory.
Studia niestacjonarne

Tutaj koszty „życia” mogą być znacznie mniejsze – możemy przecież dojeżdżać na uczelnię tylko w weekendy. Nikt nie wymaga od nas przebywania w konkretnym miejscu przez cały tydzień, chyba, że podejmujemy pracę.

Studia niestacjonarne są płatne. Czesne płaci się raz na semestr lub rok, a jego wysokość ustala uczelnia w zależności od konkretnego kierunku. Łapcie konkretne przykłady:

Matematyka – Politechnika Krakowska – 1900 zł za semestr (3800 za rok)
Psychologia – Uniwersytet Pedagogiczny – 2000 zł za semestr (4000 za rok)
Prawo – Uniwersytet Jagielloński – 3000 zł za semestr (6000 za rok)
Architektura – Politechnika Krakowska – 4800 zł za semestr (9600 za rok)
Medycyna – Uniwersytet Jagielloński – 12000 zł za semestr (24000 za rok)

Poziom nauczania
Studia stacjonarne

Mogłoby się wydawać, że skoro studiujący w tym trybie spędzają więcej czasu na uczelni, ich zasób wiedzy po otrzymaniu dyplomu będzie znacznie wyższy niż ich kolegów z trybu niestacjonarnego. Jest to mylny pogląd, z którym nie zgadzają się także wykładowcy na różnych Polskich uczelniach. Materiał do opanowania jest przeważnie taki sam niezależnie od formy studiów, choć zależy to już od ustaleń danej uczelni.
Studia niestacjonarne

Studenci zaoczni mają całe dwa dni wypełnione zajęciami, przez co niekiedy, ze względu na przekazanie im jedynie ogólnego zarysu problemu, sami muszą się dokształcać – wymaga to sporej dyscypliny, samodzielności i samozaparcia. Różnicy w kwestii materiału do ogarnięcia nie ma żadnej – tak naprawdę wszystko zależy od czasu. Słuchacze studiów zaocznych w dwa dni opanowują ten sam materiał, który ich koledzy ze studiów dziennych przyswajają przez cały tydzień.

Stypendia

Tego wątku nie ma sensu rozbijać na poszczególne formy studiów, gdyż nie ma między nimi żadnej różnicy. Studenci obydwu trybów mają do dyspozycji tę samą pulę stypendiów do wykorzystania – socjalnych, naukowych, sportowych itp.

Dodatkowo słuchacze studiów niestacjonarnych za dobre wyniki w nauce mogą mieć możliwość przeniesienia się na tryb stacjonarny – więc jeśli wynikało to ze źle zdanej matury, brzmi to jak plan. Wystarczy przez pierwszy rok dać z siebie 200 procent.

Życie studenckie
Studia stacjonarne

Dobrze wiemy, że życie studenckie najbardziej kwitnie od czwartku do niedzieli. Piątki są często wolne (lub zajęcia rozpoczynają się później), w weekendy jest najwięcej czasu, który można spożytkować na nauce lub zabawie. To tylko dwa dni, ale odgórnie przyjęte za wolne dla większości z nas.

Poza tym, studia stacjonarne dają lepszą możliwość integracji w grupie, głównie przez codzienne widywanie się ze znajomymi, branie udziału w wielu wydarzeniach kulturalnych, dodatkowych zajęciach, seminariach, konferencjach itp.
Studia niestacjonarne

W tym wypadku weekendy mamy całkowicie zajęte. Oczywiście nie ma zajęć nocą, kiedy można wyskoczyć na kluby i się pobawić, jednak cały dzień spędzony na uczelni może człowieka konkretnie zabić.

Ze względu na to, że studenci zaoczni mniej czasu spędzają na uczelni i często zajmują się pracą, ich zdolności do integracji zdają się być znacznie ograniczone (chociaż nie jest to regułą). Stąd waga przykładana do życia studenckiego może być mniejsza, a same studia zdają się być przykrym dopełnieniem całości.

Dyplom

Niezależnie od tego jaką formę studiów wybraliśmy, dyplom jest taki sam. Warto tylko zwrócić uwagę na wzmiankę mówiącą o tym, w jakim trybie ukończyliśmy studia.

Jedni mówią, że u nich na dyplomie nie jest to wyszczególnione, inni – że jest. Ja osobiście mam taki zapisek na swoim:

Mój dyplom. Nie, żebym się z niego cieszył, czy coś. To tylko kawałek papieru.

Praca
Studia stacjonarne

Czas od poniedziałku do piątku przeznaczasz na uczelnię. Jeśli masz nieobowiązkowe wykłady, a twój plan zajęć nie wygląda jak sitko ze względu na ilość okienek, możesz wygospodarować tych kilka godzin dziennie i gdzieś sobie dorobić. Ewentualnie pracować w weekendy. Często jednak pracodawcy wymagają od pracowników pełnej dyspozycyjności, oddania i poświęcenia i nie będą traktowali na poważnie kogoś, kto tylko przyszedł sobie dorobić i uczelnia jest dla niego ważniejsza.

Wychodzę z założenia, że na wszystko przychodzi w życiu czas i nie ma co łączyć kilku rzeczy na raz, bo możemy na tym wyjść bardzo źle i później żałować.

Albo nauka, albo praca.
Studia niestacjonarne

Ze względu na wolny tydzień, studenci tego trybu mogą podjąć pracę w pełnym wymiarze godzin. Właściwie jest to nawet wskazane – czesne trzeba jakoś opłacić, a nie ma co wiecznie wykorzystywać rodziców. Nie każdy jest człowiekiem zamożnym.

Ponadto warto mieć na uwadze fakt, ze trudno o pracę w wyuczonym zawodzie na pierwszym roku studiów, skoro jeszcze nie do końca wiemy co to za zawód. Dlatego dobrą opcją – w przypadku studiów dwustopniowych – wydaje się skończenie I stopnia studiów i uzyskanie dyplomu licencjata (inżyniera), a następnie kontynuowanie nauki w trybie niestacjonarnym na II stopniu i podjęcie pracy w zawodzie.

Perspektywy zawodowe

Teoretycznie potencjalny pracodawca nie powinien wybrzydzać ani na jednych, ani na drugich absolwentów. Wszystko zależy od człowieka – jeden może być zwolennikiem naturalnej kolei rzeczy i może uznawać, że liczy się tyko dyplom dobrej uczelni, zaś dla innego doświadczenie zawsze będzie priorytetem. Tych drugich jest zdecydowanie więcej.
Studia stacjonarne

Ze względu na małą ilość czasu wolnego mamy tutaj mniejszą szansę na rozwój zawodowy w trakcie kilkuletniej edukacji. Z drugiej strony jednak, co roku mamy wakacje, które można wykorzystać w konstruktywny sposób – między innymi na stażach i praktykach, które bardzo przybliżają nas do podjęcia pracy w wymarzonym zawodzie.
Studia niestacjonarne

Większa ilość czasu do wygospodarowania = większe możliwości podjęcia upragnionej pracy. Po pięciu latach studiów możemy być absolwentami z kilkuletnim doświadczeniem w branży – i uwierzcie mi – to naprawdę jest imponujące i robi różnicę wśród wielu pracodawców.

Na koniec zrobię to, co zawsze – powtórzę jeszcze raz: wybierajcie formę i kierunek studiów zgodnie z własnym odczuciem. Sami znacie siebie najlepiej!

Kategorie
Blog

Czego chcą pracodawcy? Dyplomu czy umiejętności?

Właśnie wróciłem do domu po odbyciu kolejnej rozmowy o pracę. Trzeciej w tym miesiącu, a dziesiątej w tym roku. I nigdy wcześniej nie żałowałem tak bardzo tego, że zdecydowałem się na podjęcie studiów dziennych. Jestem poirytowany i zły na siebie.

Możecie podzielać moje zdanie lub nie – zapewne kończący studia techniczne (jak ja) bardziej zrozumieją moją sytuację i to oni powinni wyciągnąć wnioski z doświadczeń, które zaraz opiszę. Proces rekrutacji do pracy oraz wartość dyplomu ukończenia studiów jest zmienna – różni się w zależności od ukończonego kierunku. Dlatego nie porównujcie tego bezpośrednio do siebie – to są tylko i wyłącznie moje subiektywne odczucia.
Moja sytuacja

Jestem inżynierem budownictwa oraz inżynierem architektem (tak, skończyłem 2 kierunki) po studiach dziennych (stacjonarnych). Dodatkowo kończę teraz II stopień studiów z budownictwa – niebawem powinienem otrzymać dyplom magistra. Papierków od cholery, jednak tak naprawdę nie są mi one w ogóle potrzebne.

Bo przy kilkunastu rozmowach o pracę, żaden potencjalny szef nie poprosił mnie o pokazanie dyplomu ukończenia studiów.

Wiem, narzekam. Mogliście mieć inaczej. Mogliście skończyć SGH, jakiś fajny kierunek humanistyczny czy ekonomię. I mogliście wiedzieć, że z chwilą postawienia pierwszego kroku na uczelni, przyszły pracodawca zaczął już grzać dla was ciepły stołek. Ja niestety nie miałem tego szczęścia. Poszedłem na budownictwo, choć nie wiedziałem, że tak to wszystko będzie wyglądać.

tłum

Na obrazku zaznaczyłem siebie w tłumie podobnych mi osób. Ludzi, którzy razem ze mną kończą studia i są moimi potencjalnymi wrogami na rynku pracy. Niech jednego roku moja uczelnia wypuszcza 200 magistrów. Jakie mam szanse w dostaniu się do wymarzonej pracy, skoro ciekawych ofert jest miesięcznie 10-20?

.
Paradoks wykształcenia i doświadczenia

Jakże często zdarzyło mi się słyszeć, że to straszna szkoda, że tak krótko pracowałem w ciągu ostatnich pięciu lat. Że nie mam doświadczenia, które w dzisiejszych czasach jest niezbędne. Gdyby spojrzeć na praktyki wakacyjne i inne dorywcze prace, swój staż zamknę w niecałym roku. To nieźle, choć i tak niewystarczająco.

Wszystko fajnie – tylko kiedy miałem pracować, skoro studiowałem? Nocą?

Nie zatrudnimy pana, bo jest pan za stary, choć pana doświadczenie jest imponujące.

A pani nie zatrudnimy, bo nie ma pani doświadczenia, choć bycie młodym ma wiele zalet.

Wiecie, czego chcą pracodawcy? Dyplomu i kwalifikacji. Na raz. To cholerny paradoks, ale wcale im się nie dziwię.

Nie kierują się tym, czy na rozmowę założyłeś czerwony, czy niebieski krawat i czy w innym życiu chciałbyś być tukanem czy płetwalem błękitnym – takie pytania mają na celu tylko wyczuć jakim człowiekiem jesteś i są zadawane zwykle w większych korporacjach.

Rynek narzuca pracodawcom konieczność zatrudniania ludzi z wyższym wykształceniem, natomiast wymagane umiejętności są formą zabezpieczenia własnej dupy przed zebraniem solidnego lania od potencjalnego klienta.

No wiecie – kiedy potrzeba wam szybko skosić trawnik, wynajmiecie do tego celu najlepszego fachowca. Tak na słowo. Ale gdybyście odpowiadali swoim życiem za to, czy ten człowiek na pewno może kosić te trawniki – cóż, wtedy zażądalibyście jakiegoś dyplomu potwierdzającego ukończenie ogrodnictwa.

.
Dyplom jak umowa

Jak wspomniałem wcześniej, będąc kilkanaście razy na rozmowach o pracę, nikt ani razu nie poprosił mnie o pokazanie dyplomu. To po co mi on? Dla siebie? Wybaczcie, ale papier toaletowy wydaje się być ciekawszą opcją – jest przyjemniejszy w dotyku.

Chyba prościej byłoby mi zostać w rodzinnym domu, kupić tony podręczników i uczyć się na własną rękę. A potem kupić dyplom na czarnym rynku.

Bo w końcu trzeba się wcześniej nauczyć tego, co później przyda się w pracy. Na rozmowie co prawda nie sprawdzali mojego tytułu, aczkolwiek zadawali mnóstwo praktycznych pytań i sprawdzali jak potrafię rozwiązywać problemy, z którymi oni mają do czynienia na co dzień.

Dyplom zaczyna mieć znaczenie w chwili, kiedy pojawia się jakiś problem – a przynajmniej takie odnoszę wrażenie patrząc na swoją branżę. Dopóki projektujesz sobie jakieś budynki i nic się nie dzieje – super, wszystko gra. Kiedy jednak cała konstrukcja legnie w gruzach i okaże się, że ty nie masz kwalifikacji i przez cały czas oszukiwałeś – masz problem.

To coś w rodzaju umowy najmu lokalu. Niby jest gdzieś w szufladzie, podpisana przez obydwie strony, jednak nikt nigdy na nią nie spogląda. Wyciągnie ją na zewnątrz dopiero w chwili, gdy pojawi się jakiś kłopot.

.
Praca, kwalifikacje i doświadczenie

Zrobiłem błąd, że nie podjąłem pracy zaraz po studiach I stopnia. Nie miałoby to znaczenia, gdyby studia były jednolite, jednak w przypadku kierunku technicznego oraz tego podziału – różnica jest kolosalna. Mógłbym teraz cieszyć się prawie dwurocznym doświadczeniem w branży oraz dyplomem magistra.

Po studiach zaocznych co prawda, ale jakie to ma znaczenie skoro zaraz wrzucę go do szafy?

Mam wrażenie, że dyplom odchodzi do lamusa i przestaje mieć jakąkolwiek wartość. Ciągle jednak pozostaje rzeczą konieczną, która musi się znaleźć w kieszeni każdego z nas.

Dlatego apeluję do was – czegokolwiek byście nie studiowali: jeśli tylko chcecie robić w życiu coś fajnego, co będzie sprawiać wam frajdę – róbcie to teraz. Nie czekajcie na żaden papierek, biegajcie na szkolenia, staże, kursy doszkalające, dołączajcie do kół naukowych. Jednym zdaniem – wszystko, by jakoś zapełnić wolny czas i zdobyć kwalifikacje, które wydają się być niezbędne. Bądźcie gotowi na to, że tytuł magistra nie będzie jedynym decydującym czynnikiem przy podjęciu pracy.

Kategorie
Blog

Jak wybrać odpowiednią uczelnię?

Matury się skończyły. W tej chwili zaczyna się kolejny stresujący dla abiturientów okres, w którym stają przed wyborem odpowiedniej dla siebie uczelni wyższej oraz kierunku zgodnego z własnymi zainteresowaniami. Najpierw przychodzi oczekiwanie na wyniki egzaminu dojrzałości, potem ogłoszenie list przyjętych na studia. I tak, przeważnie z początkiem lipca, wszystko staje się jasne.

Wiem, że wybór najlepszej dla nas uczelni to ciężka sprawa. Trzeba tu wziąć pod uwagę wiele czynników, które zadecydują o naszym być albo nie być w konkretnym miejscu. Patrząc po swoich znajomych (jeszcze za czasów liceum) wiem, że mnóstwo z nich było niezdecydowanych, przez co teraz mogą żałować swojego wyboru. Bo jakby nie mówić, to jednak pięć lat waszego życia, które potem będzie rzutować na waszą przyszłość.

Przeczytajcie więc i sami zadecydujcie – może wielu z was nieco rozjaśnię sytuację i pomogę. Wybierajcie z głową, żeby później nie żałować. Jak ja.

.
Reputacja uczelni a komfort studiowania

Ale też reputacja konkretnego kierunku oraz wydziału. Coś, co jest strasznie bagatelizowane przez wielu z nas i zostało także zbagatelizowane przeze mnie.

Niby krążą po świecie opinie, że konkretny kierunek jest najlepszy na tej uczelni i koniec. I wtedy zapominamy o wszystkim, bo uczelnia ma renomę, bo kształci najlepszych specjalistów w swoim fachu i dyplom jej ukończenia coś znaczy. W kilku przypadkach może tak być, jednak w większości…

Gówno prawda.

Wszystko zależy od ciebie, nie od uczelni. Uczelnia nie nauczy się za ciebie, nie zda za ciebie kolokwium. Czasem narzuci na ciebie ogromną presję, którą to ty musisz udźwignąć. Dyplom sam w sobie może mieć sporą wartość, ale nie świadczy o posiadanej przez ciebie wiedzy.

Żeby skończyć studia, czasami możesz mieć postawione takie wymagania, że zaczniesz tym wszystkim wymiotować. Całą organizacją studiów, niekompetencją pań w dziekanacie i chamstwem wykładowców. No możesz mieć ten dyplom, jednak cena, jaką zapłacisz za jego uzyskanie, może nie być tego warta. Bo to świetny czas w twoim życiu, a oprócz papierka liczy się także twój komfort psychiczny.

.
Kierunek i program studiów

Czyli najważniejsza rzecz, która znacznie zawęża poszukiwania naszej uczelni i ogranicza wyniki do kilku sztuk, na których konkretny kierunek obowiązuje. Czasami może być to jedna uczelnia, czasami pięć – wszystko zależy od tego, jaką specjalność sobie wybraliśmy.

Nie kierujmy się jednak tylko i wyłącznie kierunkiem. Spójrzmy na to pod kątem całości – konkretny wydział zawsze podporządkowuje się regułom uczelni jako całości.

Znajdźcie sobie pokrewne kierunki dla tego wcześniej obranego. Całkiem możliwe, że coś spodoba wam się bardziej. Przejrzyjcie programy nauczania, nie kierując się tylko i wyłącznie zakładką „Rekrutacja”, ale też „Studia”.

Zwróćcie uwagę na konkretne przedmioty oraz na fakt, czy uczelnia gwarantuje zdobywanie jakichś innych, dodatkowych kwalifikacji. W tym przypadku uczelnia A może się okazać lepsza od uczelni B i może to być czynnik decydujący. A może tak kierunek zamawiany?

.
Wyniki matur i progi punktowe

Ważnym czynnikiem świadczącym o naszym przyjęciu na studia są wyniki matury. Oczywiście na niektórych uczelniach i kierunkach są przeprowadzane egzaminy wewnętrzne, jednak jest to mały odsetek z wszystkich placówek akademickich.

Z reguły naszą karierę nakreślamy już w chwili przyjęcia do liceum/technikum. Wybieramy najbardziej odpowiadający nam profil, a następnie piszemy maturę z przedmiotów, które są brane pod uwagę w rekrutacji. Ta ścieżka jest więc już ustalona nieco wcześniej, choć finalna decyzja zapada z chwilą rejestracji w elektronicznym systemie danej uczelni.

Za przykład może tu posłużyć moja ukochana, która po mat-fizie zdecydowała się iść na prawo i w tej chwili uważa, że to najlepsza decyzja jej życia. Oczywiście zaraz po poznaniu mnie. Skromność.

Po wstępnym sprawdzeniu odpowiedzi z egzaminów maturalnych mamy już pewien zarys naszej sytuacji. To logiczne, że w takiej chwili nasze decyzje są zależne od tych wyników i nie będziemy próbować dostać się na uczelnię jeśli nasze szanse są marne.

Kluczowe są tutaj progi punktowe, które koniecznie trzeba sprawdzić aby mieć pewność, że nam się uda. Jeśli wiemy, że do przyjęcia w zeszłym roku potrzeba było 180/200 punktów, przy czym ledwo przekroczyliśmy próg 100 puntów, powinniśmy sobie dać spokój.

Miejmy jednak na uwadze, że progi punktowe z roku na rok maleją (niż demograficzny) i weźmy na to poprawkę. Czasem może to być różnica nawet 20% z wyników matury rozszerzonej, a i tak może nam się udać.

.
Kilka uczelni

Zróbcie sobie listę uczelni, na których widzielibyście siebie przez następnych 5 lat. Od tej, na której studiować chcielibyście najbardziej, do tej, która jest waszą rezerwą.

Ja wiem, że każda kolejna rejestracja na uczelnię kosztuje stówę, jednak to serio nie jest nic takiego. Warto zainwestować trochę więcej żeby mieć jakieś opcje zastępcze oraz mieć pewność, że wam się uda.

Przede wszystkim – weźcie udział w rekrutacji nawet tam, gdzie możecie nie mieć większych szans. Wielu z maturzystów mogło pomyśleć podobnie i olać sprawę, przez co wasze szanse się zwiększą.

Dodatkowo – zarejestrujcie się też tam, gdzie macie stuprocentową pewność, że się dostaniecie. Nawet jeśli nie chcecie tam iść. Taka rezerwa.

Reszta zależy już tylko od was.

.
Lokalizacja

Tutaj wszystko zależy od tego, jak bardzo jesteście zżyci z rodziną. Ja jednak nie polecałbym nikomu kierowania się bliskością ośrodka akademickiego od waszego miejsca zamieszkania – nie ma to żadnego znaczenia. Studia albo rodzina.

Chyba, że nie stać was na utrzymanie się, musicie mieszkać z rodzicami i dojeżdżać na uczelnię. Tak czasami również wychodzi taniej, a to już coś – oszczędność kilkunastu tysięcy na rok jest zawsze spoko.

I kolejna ważna rzecz – jedźmy studiować do miasta, z którym wiążemy plany na przyszłość. Jest trochę kłopotów z późniejszym przenoszeniem się, a pracodawcy mają lepszy pogląd na sytuację panującą w miejscowości, w której znajdują się firmy. Lepiej na to patrzą.

.
Rankingi uczelni

Są listy, które rokrocznie ukazują się naszym oczom i mają nakierowywać nas na wybór konkretnej uczelni. Wszystko fajnie – jakoś nie mam powodów by w nie wątpić. Szczególnie dlatego, że przy ich ustalaniu brane są pod uwagę różnorakie kryteria.

Ale jest jeden problem: ludzie, którzy je tworzą. Są to profesorowie, senatorowie, członkowie Polskiej Akademii Nauk. To jasne, że ta ocena nigdy nie będzie subiektywna, ponieważ pogląd tych osob na sytuację konkretnej uczelni jest zbyt ogólny.

Wiedzą, że konkretna placówka wypuszcza najlepszych magistrów w Polsce. Ale nie wiedzą, że na załatwienie sprawy w dziekanacie trzeba czekać kilka godzin. Że docentowi Kowalskiemu, który przeprowadza wyłącznie egzaminy ustne, strasznie cuchnie z ust.

Dlatego ważniejsze niż rankingi wydają się być:

.
Opinie studentów i absolwentów

Pytajcie, czytajcie i dowiadujcie się wszystkiego o konkretnej uczelni. Jak wygląda studiowanie „od środka”. Bo nikt nie podzieli się z wami swoją opinią tak dokładnie jak ci, którzy byli na waszym miejscu i teraz przez to przechodzą. Mogą was zachęcić lub nie – ale to oni wiedzą najwięcej i przede wszystkim ich zdania są subiektywne.

To jasne, że uczelnia będzie mówić o sobie w samych superlatywach. Poznawajcie jednak opinie tych, którzy tę uczelnię tworzą i od których zależy jej istnienie.

.
Perspektywy zawodowe

Ostatnia rzecz, o której chciałbym także napisać w osobnym artykule, bo to obszerny temat. Istnieją serwisy, które zajmują się badaniem losów absolwentów uczelni wyższych – sprawdzają czy mają pracę, jakie zarobki osiągają i tak dalej.

To ważna rzecz, która pozwala oszacować na ile konkretna uczelnia i kierunek okazuje się dla studentów opłacalna i jak zapatrują się na nią pracodawcy.

Zwracajcie na to uwagę – w końcu studiujecie po to, by w przyszłości żyło wam się lepiej.

Kategorie
Blog

Najbardziej wkurzające zachowania współlokatorów

U wielu z nas studiowanie nierozerwalnie wiąże się z wynajmowaniem mieszkania czy pokoju w akademiku. Czasami możemy pozwolić sobie na to, żeby żyć samemu, jednak większość decyduje się na współdzielenie lokum z innymi. Mieszkanie w kilka osób ma niewątpliwie wiele zalet – w końcu człowiek jest istotą społeczną – jednak czasami trafia nas szlag, gdy nie możemy porozumieć się ze współlokatorami.

Wiecie jak to jest – wy możecie lubić porządek, ktoś odnajduje się tylko w bałaganie. Dostajecie nerwicy, gdy widzicie niepozmywane naczynia, komuś to zupełnie nie przeszkadza. Ale jednak trzeba żyć ze sobą w zgodzie – przynajmniej do końca semestru. Taka sytuacja.

Ten artykuł będzie dotyczył tych złych, najgorszych zachowań osób, z którymi przyszło nam dzielić miejsce zamieszkania. Dajcie znać, czy spotkało was coś z poniżej wymienionych.

.
Muzyka

19-Trying-Fall-Asleep-Night

Pierwsza w nocy. Akurat skończyliście się uczyć na egzamin i na wpół przytomni doczłapaliście do łóżka. Kołdra, poduszka, pozycja embrionalna. Zamykacie oczy.

Ale się nie da, do cholery. Po prostu się nie da. Zza ściany dobiega was stłumione wycie Adele przeplatane co chwila z klubowym umcyk umcyk. Chcecie skupić się tylko na zaśnięciu, ale wasz mózg woli zapamiętywać każde wychwytywane słowo z piosenki.

Niby możesz kupić korki do uszu i mieć to w dupie, ale z drugiej strony możesz przez to przespać budzik. A kolega zza ściany może uczyć się tylko przy muzyce, więc nie chcesz wyjść na chama.

.
Cisza

tumblr_n2j3w2RitZ1sgl0ajo1_500

Dobra, głośna muzyka jest zła, ale wymaganie przez współlokatora bezwzględnej ciszy też jest katorgą. Czasami chce się z kimś zwyczajnie pogadać, a jedyną odpowiedzią jaka otrzymuje się na swoją długą wypowiedź jest lakoniczne „cześć” rzucone niechętnie przez drzwi.

Bo to ten z tych dobrych, którzy przyjechali na studia tylko się uczyć i zrobią ci piekło za głośniejsze kaszlnięcie.

.
Czystość

DirtyDs_LargeWide

Niby kolega/koleżanka jest spoko, super się dogadujecie, jednak jest coś, czego nigdy nie zrozumiesz. Niechęć do czystości. Zastanawiasz się czy to ty posiadasz jakąś superzdolność widzenia syfu wszędzie wokół, czy też wina leży w nim.

Talerze w zlewie powoli zarastają brudem po niedojedzonej pizzy Guseppe odgrzanej uprzednio w mikrofali i zaczynają przypominać płyty winylowe. Kłęby kurzu walają się po podłodze i z każdym twoim ruchem gromadzą się na twoich skarpetkach, które dopiero co prałeś. I tysiące much wylatują z zaschniętej, nieużywanej przez pół roku Yerby Mate, kiedy potrząśniesz dzbaneczkiem (pozdrawiam Paulinę). Albo włosy. Zatykające… Wszystko.

Teoretycznie zwracasz mu uwagę, a on zawsze mówi, że posprząta gdy tylko skończy się uczyć. Koniec końców lądujesz ze szczotką do kibla w ręce i starasz się nie zwymiotować zaglądając do paszczy lwa.

.
Domator

Fat-nerd-at-his-computer-John-Cena-Fitness

Wstajesz sobie rano – on siedzi w pokoju. Z lekko uchylonymi drzwiami, przed komputerem, w samych slipach. Czatuje. Myślisz sobie:

Pewnie zaraz pójdzie na zajęcia, będę mógł w spokoju zrobić kupę.

Mija godzina. W tym czasie zdążyłeś coś oszamać, umyć się, ubrać, jednak ciągle nie możesz zrobić tej najważniejszej, niezbędnej rzeczy, która zniszczy twój dzień gdy spróbujesz się jej oprzeć. Dobra, idziesz na zajęcia.

Wracasz do domu po czterech godzinach, bo akurat masz okienko. On ciągle tam jest. Czyha na ciebie. W końcu, znudzony czekaniem, wracasz na uczelnię i za potrzebą udajesz się do najmniej uczęszczanej toalety. Gdy jesteś w domu późnym wieczorem zastanawiasz się czy to ty masz złe wyczucie czasu, czy też twój współlokator przez kolejny dzień nie ruszył się z mieszkania ani na krok.

.
Zajmowanie łazienki i kuchni

3FQ3s

Jak tobie się chce, to i jemu. Proste.

Na dodatek nigdy się nie spieszy – w końcu poranny ciąg musi być zachowany. Kibelek, kawka , gazetka, golenie, mycie, znowu kibelek i gazetka, szczotkowanie zębów, jedzenie na kibelku, ponowne szczotkowanie zębów. A, no i jeszcze sprawdzenie aktualności na Fejsie – z tym też trochę schodzi.

.
Kradzież jedzenia

Bad-Roommate-500×3551-500×355

Zasada jest prosta.

Kto wstaje wcześniej, ten ma szansę oszamać żarcie współlokatora. Zostawiłeś sobie te dwie parówki na śniadanie, jednak gdy tylko otwierasz oczy i otwierasz lodówkę, zalewa cię krew. No był głodny, ale ty teraz też jesteś. I musisz przez to iść do sklepu.

Czasami zdarzają się miłe osobniki – wcześniej pytają, czy mogą coś od ciebie wziąć, bo nie chce im się wybrać na zakupy. I nawet odkupują. Po kilku dniach. Albo zostawiają karteczki.

I nie, nie cieszysz się, że właśnie spełniłeś jeden z dobrych uczynków miłosierdzia Kościoła Katolickiego.

.
Partnerzy

ukfrzsfbmekvxcszfwuc

Problem zaczyna się w chwili, kiedy współlokator znajduje sobie dziewczynę. Albo współlokatorka faceta. Teoretycznie mógłbym już nic więcej nie pisać, bo każdy zapewne domyśla się o co mi chodzi, ale mimo wszystko zrobię to.

Od chwili przekroczenia przez parę progu wiesz, że coś za chwilę się będzie działo. Feromony wdzierają się do twoich nozdrzy przez szczelinę w drzwiach i sprawiają, że masz ochotę pogłośnić muzykę. Nic to nie daje. Czujesz dziwne wibracje, które sprawiają, że obraz na twojej ścianie zaczyna się przekrzywiać, a po chwili nawet uszy mają co robić.

I czujesz się wtedy jak święty Józef w noc poślubną.

.
Imprezy

8589_tall

Czasem są planowane i ustalane z tobą wcześniej, czasem spontaniczne – w końcu YOLO. W wielu przypadkach da się przewidzieć termin tych drugich – wigilia grupowa, dzień kobiet, dzień dziecka, juwenalia, a czasami nawet imieniny Hipolita. Każda okazja jest dobra, a biforek musi być.

Niemniej jednak męczący bywa fakt, że nie masz jak przejść przez przedpokój bo potykasz się o dziesiątki par butów walających się dosłownie wszędzie. Łazienka jest oczywiście zajęta, w lodówce zamiast słoików chłodzi się wódka, a ty zastanawiasz się jak sąsiedzi zareagują na tę rzymską orgię. W pokoju też nie znajdziesz spokojnego azylu – w końcu gdzieś trzeba pomieścić tych kilkanaście osób.

Większy problem zaczyna się w chwili, gdy tematem przewodnim jest piana party.

.
Dziwne hobby

hafo5hgnciolrq0mkm8c

Każdy musi mieć jakieś zajęcie poza nauką. Bo zeświruje. Nie jest ciekawie z chwilą kiedy akurat mieszkasz z człowiekiem, który jako hobby wynalazł sobie coś naprawdę, naprawdę dziwnego. I nie chodzi mi tu o kolekcjonowanie puszek po piwie – nie, nie – to byłoby zbyt proste.

Mógłbyś trafić na aspirującego rapera, który całymi dniami nagrywa płyty. Albo na miłośniczkę kotów, której do szczęścia wystarcza tylko piętnaście sztuk na piętnastu metrach kwadratowych. Albo na youtubowego prankstera, który zawsze czeka na twój powrót do domu i jest zawsze gotów by uraczyć cię prześmiesznym żartem.

.

Wiecie co? Nawet pomimo tego wszystkiego, chyba nie wyobrażałbym sobie mieszkania samemu. Raz bywało lepiej, raz gorzej (to drugie zdecydowanie częściej), ale zawsze jakoś szło się ze sobą dogadać i porozumieć.

Kategorie
Blog

Jak spędzić Walentynki?

Jutro będziemy obchodzić dzień świętego Walentego. Dzień zakochanych, zauroczonych, przeszytych strzałą Amora ludzi, którzy postanowili z życiorysu pewnego biskupa zrobić wiekową tradycję i obyczaj, który przetrwał do dziś. I cały czas, pomimo wielu negatywnych opinii, ma się dobrze. Z jednej strony to dobry pomysł, aby właśnie tego dnia przeznaczyć dla kogoś nieco więcej czasu i uwagi, z drugiej – wydaje się to czasami robieniem czegoś na siłę, czymś bardzo przekoloryzowanym.

.
Walentynki a reszta roku

Z jednej strony to naprawdę świetna i ciekawa inicjatywa – przeznaczamy dobę tylko dla naszej sympatii czy drugiej połówki i okazujemy jej jak najwięcej uczucia. Biznes w sklepach kręci się wokół czerwonych serduszek, kwiatów i innych akcesoriów związanych z czternastym lutego, a my staramy się dać z siebie jak najwięcej i obdarować miłość naszego życia czymś, z czego będzie zadowolona.

Każdy medal ma jednak dwie strony, a ja od kiedy tylko pamiętam miałem wiele przeciwko świętowaniu Walentynek. Kiedy kogoś kochasz, robisz to codziennie, przez każdą sekundę swojego życia. Nie patrzysz na to, czy akurat w konkretnej chwili powinieneś kupić komuś jakąś maskotkę czy bukiet kwiatów. Cały sens miłości tkwi moim zdaniem w tym, że jesteś w stanie obdarowywać kogoś niegasnącym uczuciem przez cały czas, a nie tylko w jednym, konkretnym dniu. I to jest prezent, na który pracuje się przez cały rok.

Jeśli spędzacie ze sobą dużo czasu, kochacie się i zawsze cieszycie się ze swojego towarzystwa – świetnie. Dzień zakochanych może być wtedy dla was kolejną możliwością na spotkanie i wspólne spędzenie kilku godzin. Jednak gdy wykorzystujecie czternasty lutego jako pretekst do tego, by w końcu się zobaczyć – coś tu w moim przekonaniu jest nie tak. Albo jesteście zakochani, albo nie. Jeden dzień nie powinien i nie może tego zmienić.

Nie można kochać kogoś tylko przez 24 godziny w roku.

walentynki
Czy warto?

Nie bierzcie mnie za życiowego sceptyka – zawsze warto świętować miłość. Nawet wtedy, gdy macie spotkać się raz na miesiąc, bo ktoś lub coś wam to utrudnia. To nic – każda sekunda spędzona w towarzystwie drugiej połówki jest wartościowa i warta wszystkiego.

To normalne, że nie będziesz lubić Walentynek w chwili, gdy nie masz ich z kim obchodzić. To normalne, że nie będziesz ich fanem w sytuacji, kiedy nie darzysz kogoś sympatią, a robisz to wyłącznie dla świętego spokoju. Miłość jest uczuciem, które jest zarazem najlepsze i najgorsze.

14 lutego to dzień, który przypomina nam, że warto zainteresować się drugą osobą właśnie wtedy, gdy na co dzień o tym zapominamy.

To nie kwestia kilkugodzinnej randki i bordowych karteczek z napisem kocham.

To możliwość pokazania wdzięczności za to, że druga osoba jest. Po prostu.

.
Kwestia prezentów

Czy obchodzeniu Walentynek powinny towarzyszyć kosztowne prezenty? Odpowiedź brzmi: nie. Sama obecność drugiej osoby powinna być dla was najlepszym podarunkiem.

Wychodzę z założenia, że im więcej serca i pracy włoży się w upominek, tym lepiej się na tym wyjdzie. Uczuciowo i szczerze wypowiedziane „kocham cię” potrafi zastąpić bukiet ze stu róż. Troska, jaką obdarowujemy drugą osobę przez cały rok zawsze będzie lepszym prezentem niż przykładowo droga biżuteria, którą zdecydujemy się jednorazowo, właśnie tego dnia, podarować kobiecie.

Co ciekawe, jeśli twój tani upominek o który mocno się starałeś, spotka się z ogromną niechęcią z drugiej strony i ciągle będzie dla niej niewystarczający, daj sobie spokój. Serio, jeśli chodzi o kwestię obdarowywania kogoś drogimi prezentami, są ku temu zdecydowanie lepsze okazje niż Walentynki.

wisnie

Nie wiem czy myślisz podobnie, dlatego wcale nie musisz stosować się do rad, które przedstawiłem poniżej. Zrobisz jak uważasz, ponieważ masz wybór. Ja tyko pokazuję, że jest jakaś alternatywa, która wydaje się być o wiele lepszym wyjściem niż „trzymaj pieniądze i kup sobie coś ładnego, ja wracam do roboty”. Nie o to chodzi.
.

Prezent
Jak pisałem wcześniej, nie powinno mieć znaczenia jak wiele pieniędzy przeznaczysz na jego kupno czy wykonanie. Jeśli dobrze się znacie, nie powinieneś mieć żadnych trudności z doborem odpowiedniego dla drugiej osoby upominku – musisz wiedzieć, z czego się ucieszy. Nie ma znaczenia czy będzie to ogromny kosz czerwonych róż, czy jeden tulipan. Liczy się fakt, że pamiętasz o kimś i chcesz pokazać jak najwięcej wdzięczności za to, że myślicie o sobie nawzajem.
Dla kobiety często najlepszym wyborem są właśnie kwiaty.
Warto także wykonać coś samodzielnie, prosto z serca, biorąc pod uwagę wszystko co wiesz o swojej sympatii. Postaraj się, aby prezent wypływał wprost od ciebie i przypominał twojej drugiej połówce właśnie o tobie – bo o to w tym wszystkim chodzi. Bądź sentymentalny i daj się ponieść emocjom.
.
Randka

Jeśli bardzo często spotykacie się na mieście i spędzacie czas spacerując, rzucając się śnieżkami i odwiedzając różne knajpy, może dobrym pomysłem byłoby spotkanie się sam na sam, u kogoś w domu? Uczyńcie ten dzień wyjątkowym i niepowtarzalnym, spędźcie go razem! Wspólnie zamówcie lub przygotujcie jakąś kolację, rozmawiajcie, pijcie wino i jedzcie czekoladę.
Sama obecność tej drugiej, ukochanej osoby powinna być dla was priorytetowa tego dnia. That’s the point.
.
Po prostu bądź

Nie tylko w Walentynki, ale każdego dnia. Uczyńcie tę chwilę czymś niezapomnianym, wieczorem tylko dla was. Odizolujcie się od otoczenia i zajmijcie się tylko sobą, jeśli na co dzień nie macie ku temu powodów i okazji.
Nie chodzi tu o kosztowny prezent, o najlepszy obiad czy pokazanie całemu światu jak bardzo się starasz. Osoba, z którą zamierzasz spędzić ten dzień powinna być dla ciebie całym światem.
Kwestia upominków powinna być tego dnia drugorzędna – już samą obecnością pokazujecie, jak bardzo ważni dla siebie jesteście.
I pamiętajcie – słowo „kocham” naprawdę nic nie kosztuje, a daje najwięcej radości.

Kategorie
Blog

Co najbardziej denerwuje w komunikacji miejskiej?

Każdy z nas, zapewne niejednokrotnie, miał kiedyś styczność z pojazdami komunikacji miejskiej. Dla jednych mogą one być głównym środkiem transportu w mieście, dla innych – czymś, od czego wolą trzymać się z daleka. Transport publiczny może być doskonałą oszczędnością czasu i pieniędzy – niekiedy możemy szybciej dostać się z miejsca na miejsce, nie przeznaczając tym samym pieniędzy na i tak drogą benzynę.

Krakowskie autobusy i tramwaje są dla mnie jedynym akceptowalnym środkiem przemieszczania się. Nie wiem czy w najbliższej przyszłości się to zmieni – nie planuję zakupu auta, gdyż zwyczajnie nie stać mnie na jego utrzymanie. Nie mam zamiaru przeznaczać kwoty kilkukrotnie większej tylko dlatego, by zyskać większy komfort jazdy i odrobinę prywatności.

Poza tym, MPK gwarantuje niesamowite doznania z jazdy – głównie dzięki pasażerom podróżującym razem z tobą. Niektórzy ludzie potrafią rozweselić, inni – zirytować i wyprowadzić z równowagi. Człowiek jest istotą społeczną i dlatego nie sposób przejść obok innych obojętnie – nawet podczas kilkuminutowej drogi.

tramwaj

Dlatego w tym wpisie chciałbym poruszyć kwestię rzeczy, które najbardziej denerwują mnie w trakcie jazdy środkami komunikacji miejskiej.
Sami musicie stwierdzić, czy spotkaliście się kiedykolwiek z czymś podobnym. Jeśli nie – gratuluję szczęścia. Jeśli tak – łączę się z wami w bólu.

.

Wchodzenie i wychodzenie z pojazdu.
Dla przypomnienia – z autobusu czy tramwaju najpierw się wychodzi. Nieraz spotkałem się z narwanymi starszymi ludźmi, którzy szybko pakowali się do środka, nie patrząc nawet na to, że to akurat mój przystanek. Wybrali walkę na łokcie, a ja tę walkę im zagwarantowałem. Drzwi tylko się otworzyły, a ci już pędzą na złamanie karku, byleby tylko zając sobie miejsce siedzące (koniecznie przodem do kierunku jazdy). Ludzie, zaczekajcie chwilę! To nie jest obrona Termopil, a wy nie jesteście armią króla Kserksesa.
Poza tym, wychodzący prawie nigdy nie oznajmiają tego, że chcą to zrobić. Widzę, że jakiś facet dosłownie przytula się do mnie z nadzieją, że się przesunę, ale ja ciągle czekam na tych magicznych kilka słów. „Przepraszam, chciałbym przejść” – może czasem ułatwić sprawę.
.
Ustawianie się przed drzwiami.
Druga sprawa – za każdym razem ta sama sytuacja – po prostu nie ma jak wyjść, gdyż rzesze ludzi skutecznie blokują drzwi. Stoją grzecznie przed autobusem. Czekają na zajętym przez siebie pole position, ale ustawieni w ten sposób, że nie można się przez nich przebić. No nie przeskoczysz przecież.
Nie prościej byłoby zostawić jedną stronę wolną? Albo chociaż ustawiać się w kolejce, wzdłuż linii pojazdu, jak normalni, kulturalni ludzie? Stanie w grupce tuż przed wejściem naprawdę wiele rzeczy utrudnia – i wchodzącym i wychodzącym.
.
Stanie w drzwiach.
Wchodzi sobie do autobusu dziewczyna w wieku szkolnym, rozgląda się na boki i decyduje się nie zająć żadnego z dziesięciu wolnych miejsc. Rozumiem, ja też tego nie robię, gdyż potem boję się, że będę musiał ustąpić i dostanę ochrzan od przedstawiciela starszego pokolenia. Wybieram bezpieczniejszą opcję.
Czekam i obserwuję jak dziewczyna zachowa się dalej. Łapie się poręczy zaraz przy drzwiach, opierając przy tym swoje plecy o otwarte drzwi, a następnie szybę oddzielającą wejście od pierwszych dwóch siedzeń.
Może będzie wysiadać na następnym przystanku?
No właśnie nie – jedzie sobie do samiutkiego końca trasy, stojąc tak bezczelnie w drzwiach i nawet nie domyślając się, że może to przeszkadzać wychodzącym i wchodzącym. Nie mówiąc już o opóźnieniach.
.

Kwestia rozmowy przez telefon.
Nie mam nic przeciwko, serio. Sam nie wiem skąd ta cała nagonka na „weźże gadaj ciszej” – rozumiem, że każdy ma prawo rozmawiać sobie publicznie z kim chce i o czym tylko chce. Przeszkadza jednak tylko jedno – gdy ktoś krzyczy do tego telefonu. Głównie starsi, bo słuch już nie ten sam. Ktoś może w tym czasie uczyć się na egzamin, czytać sobie książkę – trzeba to uszanować. Z drugiej jednak strony, powinno się także liczyć z możliwością wystąpienia tego zjawiska od razu po przekroczeniu progu drzwi. Autobus to miejsce, gdzie naprawdę możemy trafić na każdy rodzaj człowieka.
.
Kumple z klasy.
Te osoby generalnie można zaklasyfikować pod punkt powyżej, ale z jednym małym wyjątkiem – nie rozmawiają przez telefon. Chłopaczyska wchodzą sobie do środka, od razu pokazując innym swoją obecność i ogłaszając się panami tego tramwaju. Bo krzyczą. Bo mogą.
– Te, stary, ja to w tym siódmym to miałem dobrze, ale zmieniłem na źle!!!!
– No to nieźle, ja to wszystko spisałem! He.He.
– Jak tu duszno, otwórzże okno! (-5 stopni na zewnątrz)
Czy oni robią to specjalnie? Naprawdę nie słyszą tego, jak głośno się drą?
.
Wożenie i jedzenie fastfoodów.
Nie mam nic przeciwko jedzeniu. Naprawdę, nie czepiam się – czasem głód ściska żołądek i nie da się wytrzymać. Ale wiezione przez kogoś frytki z Maca albo KFC wyczuję z drugiego końca autobusu. A ślinka cieknie, bo przecież nie poprosisz kogoś, żeby się podzielił. Więc człowiek mruczy wtedy coś do siebie pod nosem, prosząc żeby tamten się zadławił.
.
Nieprzyjemne zapachy.
Czyli innymi słowy – smród. Choć to temat na osobny wpis (mogę wyodrębnić z 10 różnych typów zapachów bijących od ludzi w komunikacji), to jednak nie da się przejść obok tego obojętnie. Wchodzisz do autobusu wymyty, spryskany jakimś przyjemnym zapachem Hugo Bossa czy innego Armaniego, a wychodzisz przesiąknięty odorem potu i moczu.
Gdy latem ktoś ubrany w tanktop złapie się górnej poręczy – sam wiesz, czego się spodziewać. Jeśli jeździsz tramwajami wystarczająco dużo, powinieneś także wiedzieć co oznacza zupełnie pusty wagon. Ja już wiem czemu był pusty. Wtedy, kiedy w środku siedziała tylko jedna osoba. Widząc to (i czując), wyglądałem mniej więcej tak:
Siedzące torby.
W końcu je też trzeba przytulać. One też mają emocje i uczucia – mogą boleć je szwy, kieszonki czy inne skórzane paski, a wy, źli ludzie nie potraficie tego zrozumieć. Sądzę, że każdy z nas bardzo dobrze zna ten fenomen.
.
Narwany kierowca.
Prowadzący autobus, oczywiście. Mam z nimi bardzo złe wspomnienia i dlatego ostatnio wolę jeździć tramwajami. Bezpieczniej, nie rzuca tak bardzo.
Istnieją kierowcy, którzy zachowują się dokładnie tak jak pan na obrazku powyżej. Czy oni naprawdę myślą, że jeżdżą osobówką, rowerem albo rikszą? Nie potrafię zrozumieć logiki tych panów, ale niektórym powinno się zwyczajnie odebrać prawo jazdy.
Nie mówiąc już o tym, że często bywają po prostu złośliwi, to chodzi tu także o ich umiejętności za kierownicą.
Czerwone światło, świetnie. Po co mam stać w miejscu – podjadę metr do przodu i zahamuję przy tym gwałtownie, żeby tymi z tyłu nieźle rzuciło.
Zdążę? Nie zdążę? Chyba zdążę, dodaję gazu. Cholera, czerwone. A ty już leżysz na ziemi.
.
Prywatność.
Której właściwie w środkach transportu publicznego nie ma. Siedzisz sobie na miejscu z brzegu, otwierasz Messengera z zamiarem odpowiedzenia na wiadomość. Już czujesz na sobie ten oddech osoby stojącej nad tobą – próbujesz więc złapać go na gorącym uczynku i szybko podnosisz wzrok wyżej. Facet się odwraca, udając, że nic nie widział. Za chwilę to samo.
Raz, dwa, trzy, baba jaga patrzy – wersja tramwaj.

Kategorie
Blog

Leanne Cooper – Jedz inaczej. Dlaczego jemy to, co jemy?

Powszechnie wiadomo, że je się po to, aby żyć. Teoretycznie oczywiście, gdyż każdy z nas zna kogoś, kto jedzenie stawia na pierwszym miejscu i traktuje je niemalże jako styl życia. Ówczesny świat przepełniony jest poradnikami dotyczącymi zdrowego odżywiania oraz mnóstwem diet, które mają nam pomagać w utrzymywaniu dobrych nawyków żywieniowych. „Jedz inaczej” z powodzeniem łączy w sobie najprzydatniejsze porady dotyczące tego, o czym wspomniałem wyżej.

jedz_inaczej

Opisywany przeze mnie tytuł to praktyczny poradnik, zawierający w swojej treści najpotrzebniejsze zalecenia i wskazówki dotyczące zdrowego i lepszego odżywiania się. Jak wiemy, jedzenie porusza nie tylko aspekt biologiczny, mając wyłącznie zaspokoić nasz głód, ale także psychologiczny – nasze upodobania żywieniowe są indywidualne i różnią się w zależności od każdego człowieka. Dlatego książka nie ma jasno określonego odbiorcy – może być nim każdy, kto bezskutecznie próbował swoich sił z dietą, czy też ktoś, kto chciałby się zdrowiej odżywiać, a nie wie jak to zrobić. Jednym słowem – każdy z nas.

Co ciekawe, książka naprawdę nie jest typowym poradnikiem dotyczącym bezsensownego liczenia kalorii i analizowania pochłanianych przez nas składników odżywczych – autorka wykłada nam to na samym początku, we wstępie. Skupia się bardziej na psychologii jedzenia, zwalczaniu złych nawyków i zwracaniu uwagi na dobór odpowiednich produktów, które później trafiają na nasze talerze. W miarę czytania dowiadujemy się, jak nasz umysł reaguje na bodźce związane z jedzeniem i zmusza nas do obserwowania naszych zachowań i reakcji na poszczególne smaki. To nieco inne, ale zdecydowanie skuteczniejsze podejście do tematu niż to, które znamy z reklam telewizyjnych i czasopism odnoszących się bezpośrednio do zdrowego odżywiania.

Książka podzielona jest na 9 części – rozdziałów, zawierających w swojej treści praktyczne wskazówki i rozmaite ćwiczenia mające pomóc nam w zrozumieniu własnych preferencji żywieniowych i tego, jak je zmienić na naszą korzyść. Czytelne wykresy i tabele sprawiają, że lektura staje się przyjemniejsza i bardziej pasjonująca. Modele żywieniowe, wpływy czynników zewnętrznych i wewnętrznych na nasze wybory dotyczące jedzenia, edukacja, emocje i uczucia, a nawet marketing branży spożywczej – te wszystkie tematy, skutecznie przeanalizowane przez autorkę, mogą stać za tym, że nie jemy tak, jak powinniśmy. To nie proste badania czynią jednak tę książkę czymś użytecznym – to nieskomplikowane rady i wskazówki, do których możemy się zastosować.

Podsumowując, „Jedz inaczej” to zdecydowanie jedna z lepszych pozycji dotyczących tematu psychologii jedzenia. Nie jest nudna, czyta się ją bardzo szybko i przyjemnie, autorka ukazuje w niej inne podejście do tematu. Właśnie przez tę odmienność i brak narzuconego z góry przymusu do stosowania diety, Leanne Cooper skutecznie trafiła w moje kubki smakowe – temat odżywiania stał się dla mnie bardziej klarowny i uświadomiłem sobie, że żyję po to, aby jeść. Nie odwrotnie.

Kategorie
Blog

Jak przetrwać jako dobry i miły facet?

Wiele razy spotkałem się ze stwierdzeniem, że kobiety lubią drani. Głównie padało ono z ust facetów, którzy mieli bardzo złe wspomnienia ze swoimi poprzednimi związkami, czy skrzywdzonych przez nich kobiet, ale doszedłem do wniosku, że coś w tym jest. Kiedy piszę o draniach, wiecie kogo mam na myśli. Gościa którzy czasem krzyknie czy podniesie rękę na swoją partnerkę, wszystko okraszając jakimś soczystym przekleństwem i wyzwiskiem w stosunku do niej. Robi to jednak w taki sposób, że kobieta uznaje to za esencję męskości i przez tu czuje się przy nim bezpieczna, uważając, że jest najbardziej kochany na świecie. Gdy ten przesadzi – związek się kończy i uznaje wszystkich facetów za świnie, które są niewarte zaufania i miłości.

Nie chcę się tutaj zagłębiać w genezę tego zjawiska, ale według mnie nie jest to normalne. Nie wiem z czego to wynika – być może z jakichś pierwotnych instynktów, które każą kobietom akceptować mężczyzn tego typu i selekcjonować ich jako samców alfa – najważniejszych w stadzie. Przecież takiemu nikt nie podskoczy, to i ona będzie mogła czuć się bezpieczna.

No właśnie nie do końca.

51641-dobry-facet
Bycie miłym dla kobiet jest trudne

Zaufajcie mi, wiem co piszę. Sam idealnie klasyfikuję się pod bycie „dobrym”. Jeśli też się za takiego uważasz to doskonale wiesz, że czasami musisz się zmierzyć z samotnością, niezrozumieniem i odrzuceniem. Mili faceci są zwykle naiwnymi idealistami, co znacznie ogranicza ich pole do popisu w świecie przepełnionym rywalizacją, pięknem, perfekcją i uczuciem, że zawsze trzeba być numerem jeden. We wszystkim. Nie możesz być sobą, gdyż liczy się tylko to, jak postrzegają cię inni ludzie.

Ostrzy faceci nie boją się ustalać granic. Miłymi się pomiata. Kobieta nie będzie szanowała kogoś, kim może sterować.

Wiecie o co chodzi – jeśli nie byliście bezpośrednim świadkiem czegoś takiego, to zapewne każdy z was przynajmniej o tym słyszał:
Zabawa w klubie. Tańczysz sobie z dziewczyną, którą dopiero co poznałeś, stawiasz jej drinki, szoty, czy co tam jeszcze chcesz, rozmowa jest przyjemna i ewidentnie macie się ku sobie. Wtedy podchodzi do niej stanowcze, umięśnione karczycho i w tej samej chili kobieta o tobie zapomina. Bo tamten wie czego chce i nie ustala żadnych granic. Może jest bezczelny, ordynarny i do zaimponowania jej używa słów, o których ty mógłbyś tylko pomarzyć. Ale zdobywa to, czego chce.

Natura wyposażyła kobiety w potrzebę dbania o kogoś, kogo kochają. Gdy nie ma pod ręką dzieci, chcą zbawiać duszę „złego” kochanka. Miłych facetów nie trzeba zbawiać.

Przykre, ale niekiedy prawdziwe. Dobrzy chłopcy nie są interesujący; ci źli wydają się być misją, którą trzeba wypełnić. To dlatego czasami kobieta, nim umówi się z tym miłym facetem, musi doświadczyć tego gorszego uczucia. Przekonać się na własnej skórze, że to nie był ten, który byłby dla niej odpowiedni.

.

Dlatego, miły facecie, nie musisz się wcale zmieniać. Możesz trafić na tę jedyną, która doceni i pokocha to, jaki jesteś. Wiem, że czasami jest to długa, kręta i wyboista droga, ale wszystko jest do zrobienia.

Przygotuj się jednak na najgorsze.
Jak przetrwać w świecie jako miły i dobry facet?

Możesz nie mieć dziewczyny.

Z podkreśleniem na słowo możesz, bo jednak wszystkie są inne i to zależy, na kogo trafisz. Jeśli jesteś miły, prawdopodobnie traktujesz kobiety z szacunkiem, chcąc zapewnić im ciepło, miłość i wsparcie emocjonalne. Jesteś osobą oddaną i uprzejmą, w której słowniku słowo zdrada nie istnieje. Dlatego przygotuj się na to, że czasami możesz usłyszeć słowa:
Jestem teraz trochę zmieszana i potrzebuję czasu na zastanowienie się.
Właściwie, wykluczając niektóre przypadki, po czymś takim radziłbym dać sobie spokój. Może się okazać, że poprzez takie zdanie kobieta chce ci zasugerować, że umawia się z kimś innym. Kimś atrakcyjniejszym i pewniejszym siebie niż ty, cieszącym się większą popularnością, posiadającym więcej pieniędzy – powodów może być wiele. Takie jest życie, więc papa.
Pamiętaj o jednej, ważne rzeczy – wina nie leży w tobie. Jeśli masz się dla kogoś zmieniać i przez cały czas grać osobę, którą nie jesteś – odpuść sobie.
Dziewczyny lubią brutali, ale ty chcesz być z kobietą.
.
Wybierz formę samobójstwa.

Jest ich tak dużo, a każda następna wydaje się być skuteczniejsza od poprzedniej.
Żartuję. Nie rób tego. Wtedy na pewno nie przetrwasz, a celem tego poradnika jest właśnie zapewnienie ci radości życia.
.
Unikaj zasadzek.

Powiedzmy, że masz problemy ze znalezieniem sobie kogoś. Jesteś idealistą. Wszyscy faceci, którzy łatwo przystosowują się do otoczenia i nie przebierają w środkach, właściwie już kogoś mają. Możesz z zachwytem spoglądać na luz, z jakim potrafią podrywać kobiety i uświadamiać sobie, że ty nigdy tego nie zrobisz.
W chwili gdy zamiast ciebie, za sprawy boją się twoi dobrzy znajomi czy rodzina, robi się naprawdę nieprzyjemnie.
Chodźcie, znajdziemy mu kogoś, wydaje się być taki samotny. A ma już 20 lat, jak tak można!
No właśnie chodzi o to, że można. Ty wiesz najlepiej z kim chcesz być, dlatego żadne swatanie nie wchodzi w grę. Także dlatego, że rodzina, jak to rodzina, może chcieć zapoznać cię z wielkim, gargantuicznym behemotem, który zdecydowanie nie będzie kimś dla ciebie. Chyba, że chcesz być zjedzony.
Daj sobie spokój. Zasługujesz na kogoś lepszego, kogoś podobnego do ciebie.
.
Nie przejmuj się odrzuceniem.

To może brzmieć nieco depresyjnie, ale metaforycznie może zabijać cię twoje podejście do miłości idealnej. Musisz jednak spojrzeć na dobrą stronę tego wszystkiego i nie załamywać się – jeśli nie ta, to kolejna. Mogło być gorzej.
Jeśli przeszkadza ci to, że twoja wymarzona, idealna partnerka przyszłości nie zwraca na ciebie uwagi, odpowiedz sobie na jedno pytanie: „Czy boli mnie to bardziej niż obdzieranie żywcem ze skóry?” Jeśli stwierdzisz, że nie – rusz dalej i próbuj.
Nie traktuj odrzucenia swoich zalotów zbyt poważnie. Czasem kobiety mają tendencję to rezygnowania z rzeczy, które są dla nich dobre, tylko dla samej idei. Mogą być przytłoczone tym, że nie są na to gotowe. Mogą myśleć, że jesteś dla nich za dobry i na ciebie nie zasługują.
Mógłbyś być z supermanem pragnącym zbawiać świat, czy raczej wybrałbyś kogoś przeciętnego, kto chce zbawiać ten świat dla ciebie?
.
Zrezygnuj z odwagi.

Szukanie jedynej, prawdziwej miłości przypomina niekiedy pole bitwy. Występuje tu rywalizacja, bratobójcza walka i nieprzebieranie w środkach, byle tylko osiągnąć zamierzony cel – zwycięstwo. Odwaga tymczasem, przynajmniej na początku znajomości, prowadzi cię donikąd. Kiedy chcesz wyznać kobiecie co naprawdę do niej czujesz i jakie masz plany wobec niej, może się okazać, że wychyliłeś się z okopu zbyt szybko i rozjechał cię czołg. Albo wpadłeś w drut kolczasty i zabiła cię salwa odrzucenia wystrzelona z karabinu maszynowego.
Kobieta może z początku bać się zaangażowania, na które ty możesz być gotów. Dlatego spróbuj najpierw zapewnić jej jakieś wrażenia, doznania, dopiero potem przechodź do uczuć i ustatkowania.
.
Bądź draniem i odpłacaj im tym samym.

Spróbuj czasami innego podejścia. Co prawda, jeśli jesteś dobrym gościem, może być ci ciężko, ale jeśli wiesz, że to nie ta – co stoi na przeszkodzie żeby pójść inną drogą?
.
Kobieta szuka wymówki dlaczego nie może się z tobą spotkać:
Odwróć sytuację. Zaczekaj, aż sama poprosi o spotkanie. Twierdź, że jesteś ciągle zajęty i nie możesz teraz rozmawiać, nie masz ochoty na spotkanie i tak dalej. Kobiety lubią być zdobywane, ale też lubią zdobywać.
.
Ignoruj ją.
To może być czasami klucz do sukcesu. Kobieta, której nie poświęca się wiele uwagi, może po pewnym czasie stać się na tyle sfrustrowana, że sama zacznie starać się o ciebie bardziej. Bo jesteś nieuchwytny. Taka sytuacja:
Gdy bardziej atrakcyjna dziewczyna przyprowadza na imprezę jedną ze swoich mniej atrakcyjnych koleżanek, pragnie wypaść lepiej w oczach facetów. Spodziewa się tego, że będzie lśnić jak diament i wszyscy będą zagadywać i podrywać właśnie ją. Będąc w centrum uwagi, będzie skrupulatnie odrzucać każdego z mężczyzn.
Nie oczekuje jednak tego, że ktoś niespodziewanie zainteresuje się jej koleżanką. A jeśli to zrobi – dostanie świra i poczucie chęć rywalizacji.
.
Odrzuć ją jako pierwszy.
Jeśli wiesz, że to nie to. Przynajmniej poczujesz się z tym lepiej.

Kategorie
Blog

Studenckie wymówki na pieniądze od rodziców

Jesteś studentem? Ciągle brakuje ci pieniędzy na przyjemności dla ciała i duszy? Wiesz, że w tym miesiącu wydałeś zdecydowanie za dużo i w tej chwili twój portfel świeci pustkami? Niespodziewane okoliczności sprawiły, że nie masz za co kupić sobie jedzenia? Dlaczego miałbyś się tym przejmować? W końcu studiujesz, jesteś bezrobotny, a rodzice są z ciebie dumni!
Na końcówkę miesiąca i jakikolwiek inny dzień, kiedy przyda ci się każda ilość gotówki, odpowiedź może być tylko jedna:

.
HAJS STARYCH
czyli pieniążki od rodziców

12754925_1088542461197673_1772761436_o

To nie będzie wpis z cyklu „Jak oszczędzać pieniądze?” – co to, to nie. To byłoby za proste, a takich artykułów jest na pęczki. Wyobraź sobie, że ten tekst jest czytany przez lektora z reklam Telezakupów Mango, posiadającego charakterystyczny, natarczywy głos. No wiesz, zakładasz uniwersalny pas na brzuch, który w kilka sekund rozbija ci tłuszcz.
Znajoma poleciła mi hajs starych, a ja przekonałem się sam – to działa!

To dobrze, jeśli to rodzice postanowili cię utrzymywać na kolejnym szczeblu edukacji. Nawet bardzo dobrze. Powinieneś to docenić i wykorzystać, oczywiście nie przesadzając z marnotrawieniem gotówki. Dobrze wiem, że mogą nastąpić okoliczności, na które nie masz wpływu i pod koniec miesiąca będziesz zwyczajnie spłukany. Możesz to także robić celowo, bo przecież jesteś dorosły i wiesz jak gospodarować swoimi finansami. To nie powód jest tutaj ważny, a skutek.
A ten powinien być jeden – dodatkowa forsa w twoim portfelu, abyś mógł przeznaczyć ją na co tylko ci się podoba.

Będę bardzo zdziwiony kiedy dowiem się, że któryś z poniżej wymienionych sposobów nie został już przez ciebie sprawdzony i wykorzystany w praktyce. Jeśli jednak boisz się, że twoje prośby o dodatkowe pieniążki zostaną odrzucone, wypróbuj poniższych rad. Zadbaj o swoją przyszłość. Już teraz zdobądź hajs starych.

.

Wymówka 1: Nauka.
Jeden z najskuteczniejszych sposobów aby w kilka minut na twoim koncie bankowym znalazł się hajs starych. Wykorzystujesz tutaj główny cel twojego pobytu poza domem – chęć zdobywania wiedzy i poszerzania swoich umiejętności, aby w przyszłości osiągnąć sukces. A sukces może w tym wypadku oznaczać, że to ty będziesz kiedyś zapewniał przyszłość swoim potomkom. To takie błędne koło – otrzymujesz hajs starych po to, by za kilkanaście lat samemu przekazywać go swoim dzieciom – i tak z pokolenia na pokolenie! To dopiero przydatna rzecz.
Ale co w przypadku, kiedy potrzebujesz pieniędzy na gwałt, na wczoraj? Powiedzmy, że niezbędna ci jest nowa książka, bez której nie zdasz egzaminu. Oczywiście to tylko pretekst – dobrze wiesz, że poradzisz sobie z wersją elektroniczną pobraną z chomikuj.pl, jednak możesz złożyć wniosek o dodatkową gotówkę i tylko od ciebie zależy jak ją wykorzystasz.
Dobrą porą jest tutaj końcówka semestru, kiedy na barkach studentów spoczywa potrzeba zaliczenia egzaminów czy oddania projektów. A to wszystko kosztuje! I dobrze wiesz, skąd wziąć na to pieniążki – jedyną rozsądną opcją wydaje się być wtedy hajs starych!
.
Wymówka 2: Na powrót.
Rodzice zawsze ucieszą się z twojego powrotu w rodzinne strony. Ale nie zawsze możesz mieć ku temu powody i co najważniejsze – środki! I co wtedy przychodzi nam z pomocą? Dobrze wiesz!
Wymówka ta wiąże się jednak z tym, że zdecydowanie musisz dotrzymać złożonej uprzednio obietnicy. Dostaniesz gotówkę na przyjazd, ale musisz pojawić się w domu – inaczej mógłbyś stracić zaufanie i bezpowrotnie zaprzepaścić szansę na otrzymanie dodatkowego hajsu starych.
Spytacie więc – jaki jest sens w dostaniu pieniążków, skoro wszystko wyda się na bilet do domu? Ano taki, że pojawienie się u rodziców może sprawić, że wasze szanse na wypełnienie portfela zwiększają się! Warto więc wziąć to pod uwagę.
.
Wymówka 3: Jedzenie.
Nie pozwolisz mi chyba umrzeć z głodu, prawda?
Tutaj nawet nie trzeba się tłumaczyć. To po prostu bezczelne żerowanie na uczuciach i szantaż, który zwykle przynosi skutek w postaci hajsu starych. Stało się i już – mogłeś wydać wszystko na piwo, imprezy, książki, gry na telefon, wały korbowe czy przewodniki po lasach Polski. Nie ma to najmniejszego znaczenia, a liczy się to, co tu i teraz.
Jesteś spłukany, a twój żołądek przypomina o swoim istnieniu w każdej chwili. Nie można na to pozwolić.
.
Wymówka 4: Emocje.
Dobrze wiesz, że rodzice cię kochają i są w stanie zrobić dla ciebie wszystko. To źle, że chcesz żerować na ich emocjach, ale czasem może się to wydawać jedynym rozsądnym wyjściem z beznadziejnej sytuacji, w jakiej się znalazłeś.
Pomaga tutaj telefon i tekst, że bardzo ich kochasz i myślisz o nich na każdym kroku. Tęsknisz. Łamie ci się głos, a po drugiej stronie słuchawki może się wydawać, że płaczesz. Pokazujesz skruchę i żal, starasz się pokazać, że jesteś w kropce. I wtem, niespodziewanie, wyciągasz od nich hajs starych.
To złe, bardzo złe.
.
Wymówka 5: Rewanż.
Dostałeś piątkę i liczysz na rewanżyk. W końcu hajs starych to idealna nagroda dla studenta, który pilnie się uczy i skrupulatnie wypełnia wszystkie swoje obowiązki. Dla osoby, która wie, co do niej należy i nie zawaha się wykorzystać tego faktu do otrzymania dodatkowej gotóweczki. Na tego typu zagrywki szczególnie podatne są babcie i dziadkowie – taka mała rada.
.
Wymówka 6: Nic nie dostałem.
Czasami nie masz wyjścia jak tylko uciec się do kłamstwa. Może być ciężko wydusić to z siebie i jest to zagrywka bardzo nie fair, która zapewne szybko wyjdzie na jaw.
Ale zawsze ktoś mógł się pomylić i z początkiem miesiąca mogłeś nie otrzymać hajsu starych. Co wtedy? Jak żyć? Przyznawać się i podwoić swój zysk, czy lepiej siedzieć cicho i cieszyć się z tego, co się ma?
.
Prawda (ograniczone użycie).
Bardzo dobrym i rozsądnym wyjściem wydaje się być szczera spowiedź. Rodzice cię zrozumieją – gwarantuję.
Zacznij od tego, dlaczego właściwie pieniądze tak szybko rozpłynęły się w twoich rękach, szczerze za to przeproś i obiecaj, że w przyszłości się to nie powtórzy. A skoro masz się poprawić, czasami drogą prawdy możesz pójść tylko raz. Inaczej wzbudzisz podejrzenia, a tego byśmy nie chcieli.

.

Zanim sięgniesz po hajs starych, pamiętaj jedno – rodzice ciężko pracują abyś miał wszystko, czego tylko zapragniesz. Nie proś o pieniądze notorycznie, aby nie wykorzystywać ich dobrego serca i faktu, że zrobią dla ciebie wszystko. Rozsądek i umiar przede wszystkim!

Kategorie
Blog

Edward H. Gryf – Przyjdź Królestwo Twoje. Przymierze.

Kolejne tomy książek w obrębie jednej sagi zawsze stanowią wyzwanie dla ich autorów. Czytelnik sięgający po lekturę z uprzedzeniami po pierwszej części zawsze będzie miał jakiś punkt odniesienia – dlatego lepiej jest w przypadku stworzenia czegoś lepszego lub przynajmniej równie dobrego. W opisywanej przeze mnie „Przyjdź Królestwo Twoje” nie popełniono tego błędu – książka z powodzeniem spełnia oczekiwania i wymagania postawione przez czytelnika jeszcze przed zagłębieniem się w jej treść.

.

okladka

Aby dobrze zrozumieć historię, trzeba najpierw poznać szerszy kontekst wydarzeń z danego okresu. A co lepiej przybliży nam ten fakt niż świetnie skomponowana opowieść traktująca o życiu mieszkańców Cesarstwa Rzymskiego na początku IV wieku? Czytanie powieści literackiej sprawia, że nie mamy z góry narzuconego przymusu, a w miarę odkrywania kolejnych rozdziałów, dowiadujemy się wielu nowych faktów na tematy, które nas interesują. Jeśli więc chodzi o edukację poprzez przyjemność – książka z powodzeniem spełnia ten aspekt.

Mamy tutaj zakończenie i zarazem kontynuację wydarzeń z pierwszego tomu (Recenzja dostępna tutaj) – czytelnik dowiaduje się o zakończonej walce o władzę toczonej w poprzedniej części pomiędzy Konstantynem i Maksencjuszem. Wszyscy pretendenci do objęcia tronu wydają się być zranieni minionymi wydarzeniami, ciągle żywią do siebie urazę i pamiętają o tym, co się stało. Sytuacja cały czas jest więc napięta, a wszyscy tylko czekają na chwilę, w której przeciwnik odsłoni przed nimi swoją słabą stronę. Jakby tego było mało, w tym tomie wątek chrześcijaństwa pozostaje ciągle żywy i stawia tym samym czytelnikowi odwieczne pytanie: co, jeżeli wszystkie doktryny wiary są ukartowane i nieprawdziwe?

Książka jest wielowątkowa, przez co czytelnik angażuje się w każdy aspekt w niej poruszany i nie grozi mu przez to nuda. Każdy bohater przedstawiony w utworze, nawet drugoplanowy, jest skomponowany indywidualnie i w żadnym razie nie można go nazwać nieistotną marionetką. Mało tego, ich złożoność przekłada się na wartkość i spójność akcji – po wnikliwej lekturze nie ma żadnych niedopowiedzeń i nieścisłości.

Książkę polecam wszystkim – tym interesującym się historią i tym, którzy lubią ją trochę mniej. W recenzji poprzedniego tomu stwierdziłem, że jest to najlepsza książka poruszająca temat Imperium Rzymskiego, z jaką do tej pory miałem styczność – i utrzymuję to. Jej unikatowość polega na nietuzinkowym przekazie, ogromnym realizmie przedstawionego świata, doskonałej kreacji bohaterów i przede wszystkim połączeniu dwóch aspektów, jakie powieść historyczna powinna spełniać. Przyjemności czytania oraz użyteczności.