Kategorie
Blog

Co najbardziej denerwuje w komunikacji miejskiej?

Każdy z nas, zapewne niejednokrotnie, miał kiedyś styczność z pojazdami komunikacji miejskiej. Dla jednych mogą one być głównym środkiem transportu w mieście, dla innych – czymś, od czego wolą trzymać się z daleka. Transport publiczny może być doskonałą oszczędnością czasu i pieniędzy – niekiedy możemy szybciej dostać się z miejsca na miejsce, nie przeznaczając tym samym pieniędzy na i tak drogą benzynę.

Krakowskie autobusy i tramwaje są dla mnie jedynym akceptowalnym środkiem przemieszczania się. Nie wiem czy w najbliższej przyszłości się to zmieni – nie planuję zakupu auta, gdyż zwyczajnie nie stać mnie na jego utrzymanie. Nie mam zamiaru przeznaczać kwoty kilkukrotnie większej tylko dlatego, by zyskać większy komfort jazdy i odrobinę prywatności.

Poza tym, MPK gwarantuje niesamowite doznania z jazdy – głównie dzięki pasażerom podróżującym razem z tobą. Niektórzy ludzie potrafią rozweselić, inni – zirytować i wyprowadzić z równowagi. Człowiek jest istotą społeczną i dlatego nie sposób przejść obok innych obojętnie – nawet podczas kilkuminutowej drogi.

tramwaj

Dlatego w tym wpisie chciałbym poruszyć kwestię rzeczy, które najbardziej denerwują mnie w trakcie jazdy środkami komunikacji miejskiej.
Sami musicie stwierdzić, czy spotkaliście się kiedykolwiek z czymś podobnym. Jeśli nie – gratuluję szczęścia. Jeśli tak – łączę się z wami w bólu.

.

Wchodzenie i wychodzenie z pojazdu.
Dla przypomnienia – z autobusu czy tramwaju najpierw się wychodzi. Nieraz spotkałem się z narwanymi starszymi ludźmi, którzy szybko pakowali się do środka, nie patrząc nawet na to, że to akurat mój przystanek. Wybrali walkę na łokcie, a ja tę walkę im zagwarantowałem. Drzwi tylko się otworzyły, a ci już pędzą na złamanie karku, byleby tylko zając sobie miejsce siedzące (koniecznie przodem do kierunku jazdy). Ludzie, zaczekajcie chwilę! To nie jest obrona Termopil, a wy nie jesteście armią króla Kserksesa.
Poza tym, wychodzący prawie nigdy nie oznajmiają tego, że chcą to zrobić. Widzę, że jakiś facet dosłownie przytula się do mnie z nadzieją, że się przesunę, ale ja ciągle czekam na tych magicznych kilka słów. „Przepraszam, chciałbym przejść” – może czasem ułatwić sprawę.
.
Ustawianie się przed drzwiami.
Druga sprawa – za każdym razem ta sama sytuacja – po prostu nie ma jak wyjść, gdyż rzesze ludzi skutecznie blokują drzwi. Stoją grzecznie przed autobusem. Czekają na zajętym przez siebie pole position, ale ustawieni w ten sposób, że nie można się przez nich przebić. No nie przeskoczysz przecież.
Nie prościej byłoby zostawić jedną stronę wolną? Albo chociaż ustawiać się w kolejce, wzdłuż linii pojazdu, jak normalni, kulturalni ludzie? Stanie w grupce tuż przed wejściem naprawdę wiele rzeczy utrudnia – i wchodzącym i wychodzącym.
.
Stanie w drzwiach.
Wchodzi sobie do autobusu dziewczyna w wieku szkolnym, rozgląda się na boki i decyduje się nie zająć żadnego z dziesięciu wolnych miejsc. Rozumiem, ja też tego nie robię, gdyż potem boję się, że będę musiał ustąpić i dostanę ochrzan od przedstawiciela starszego pokolenia. Wybieram bezpieczniejszą opcję.
Czekam i obserwuję jak dziewczyna zachowa się dalej. Łapie się poręczy zaraz przy drzwiach, opierając przy tym swoje plecy o otwarte drzwi, a następnie szybę oddzielającą wejście od pierwszych dwóch siedzeń.
Może będzie wysiadać na następnym przystanku?
No właśnie nie – jedzie sobie do samiutkiego końca trasy, stojąc tak bezczelnie w drzwiach i nawet nie domyślając się, że może to przeszkadzać wychodzącym i wchodzącym. Nie mówiąc już o opóźnieniach.
.

Kwestia rozmowy przez telefon.
Nie mam nic przeciwko, serio. Sam nie wiem skąd ta cała nagonka na „weźże gadaj ciszej” – rozumiem, że każdy ma prawo rozmawiać sobie publicznie z kim chce i o czym tylko chce. Przeszkadza jednak tylko jedno – gdy ktoś krzyczy do tego telefonu. Głównie starsi, bo słuch już nie ten sam. Ktoś może w tym czasie uczyć się na egzamin, czytać sobie książkę – trzeba to uszanować. Z drugiej jednak strony, powinno się także liczyć z możliwością wystąpienia tego zjawiska od razu po przekroczeniu progu drzwi. Autobus to miejsce, gdzie naprawdę możemy trafić na każdy rodzaj człowieka.
.
Kumple z klasy.
Te osoby generalnie można zaklasyfikować pod punkt powyżej, ale z jednym małym wyjątkiem – nie rozmawiają przez telefon. Chłopaczyska wchodzą sobie do środka, od razu pokazując innym swoją obecność i ogłaszając się panami tego tramwaju. Bo krzyczą. Bo mogą.
– Te, stary, ja to w tym siódmym to miałem dobrze, ale zmieniłem na źle!!!!
– No to nieźle, ja to wszystko spisałem! He.He.
– Jak tu duszno, otwórzże okno! (-5 stopni na zewnątrz)
Czy oni robią to specjalnie? Naprawdę nie słyszą tego, jak głośno się drą?
.
Wożenie i jedzenie fastfoodów.
Nie mam nic przeciwko jedzeniu. Naprawdę, nie czepiam się – czasem głód ściska żołądek i nie da się wytrzymać. Ale wiezione przez kogoś frytki z Maca albo KFC wyczuję z drugiego końca autobusu. A ślinka cieknie, bo przecież nie poprosisz kogoś, żeby się podzielił. Więc człowiek mruczy wtedy coś do siebie pod nosem, prosząc żeby tamten się zadławił.
.
Nieprzyjemne zapachy.
Czyli innymi słowy – smród. Choć to temat na osobny wpis (mogę wyodrębnić z 10 różnych typów zapachów bijących od ludzi w komunikacji), to jednak nie da się przejść obok tego obojętnie. Wchodzisz do autobusu wymyty, spryskany jakimś przyjemnym zapachem Hugo Bossa czy innego Armaniego, a wychodzisz przesiąknięty odorem potu i moczu.
Gdy latem ktoś ubrany w tanktop złapie się górnej poręczy – sam wiesz, czego się spodziewać. Jeśli jeździsz tramwajami wystarczająco dużo, powinieneś także wiedzieć co oznacza zupełnie pusty wagon. Ja już wiem czemu był pusty. Wtedy, kiedy w środku siedziała tylko jedna osoba. Widząc to (i czując), wyglądałem mniej więcej tak:
Siedzące torby.
W końcu je też trzeba przytulać. One też mają emocje i uczucia – mogą boleć je szwy, kieszonki czy inne skórzane paski, a wy, źli ludzie nie potraficie tego zrozumieć. Sądzę, że każdy z nas bardzo dobrze zna ten fenomen.
.
Narwany kierowca.
Prowadzący autobus, oczywiście. Mam z nimi bardzo złe wspomnienia i dlatego ostatnio wolę jeździć tramwajami. Bezpieczniej, nie rzuca tak bardzo.
Istnieją kierowcy, którzy zachowują się dokładnie tak jak pan na obrazku powyżej. Czy oni naprawdę myślą, że jeżdżą osobówką, rowerem albo rikszą? Nie potrafię zrozumieć logiki tych panów, ale niektórym powinno się zwyczajnie odebrać prawo jazdy.
Nie mówiąc już o tym, że często bywają po prostu złośliwi, to chodzi tu także o ich umiejętności za kierownicą.
Czerwone światło, świetnie. Po co mam stać w miejscu – podjadę metr do przodu i zahamuję przy tym gwałtownie, żeby tymi z tyłu nieźle rzuciło.
Zdążę? Nie zdążę? Chyba zdążę, dodaję gazu. Cholera, czerwone. A ty już leżysz na ziemi.
.
Prywatność.
Której właściwie w środkach transportu publicznego nie ma. Siedzisz sobie na miejscu z brzegu, otwierasz Messengera z zamiarem odpowiedzenia na wiadomość. Już czujesz na sobie ten oddech osoby stojącej nad tobą – próbujesz więc złapać go na gorącym uczynku i szybko podnosisz wzrok wyżej. Facet się odwraca, udając, że nic nie widział. Za chwilę to samo.
Raz, dwa, trzy, baba jaga patrzy – wersja tramwaj.